Nr 35
Arona, grudzień 2004
PWW "PRASA"
© RK v 3.0
kontakt: debrolle@poczta.fm

Wkładki:
redakcja
reklama / ogłoszenie
współpraca

archiwum    |    salon prasy

  strona  1  2  3  4  5  6  7  8  9

Czekam na cud

    Zapewne w ogóle nie przestawałbym rozwijać Surmali, gdyby nie kilka przypadków, po których nastąpiły duże zmiany. Po dwóch latach pracy w Dreamlandzie poczułem się zmęczony, potrzebowałem znaleźć się gdzieś na antypodach życia w wirtualnym państwie.

    Sens i cel dotychczasowych zmian okazał się bezowocny; ze smutkiem zauważałem, że kręcimy się w kółko, a co roku przerabiamy wciąż to samo. W prywatnej rozmowie z Królem Dreamlandu Arturem I Piotrem w czerwcu podjąłem decyzję, że zrobię sobie przerwę na jakiś czas. Dwa dni później na ręce Króla złożyłem rezygnację ze stanowiska namiestnika Surmali.

- CBD miał być gotowy kilka dni temu.
- Ale nie jest, mamy opóźnienie.
- Czemu?
- Mamy kilka drobnych nierozwiązanych   kwestii...
- Umówiliśmy się, że przywrócisz stare   systemy, jeżeli nowe nie zostaną   uruchomione.
- To nie jest dobre wyjście. Nie cofajmy   się, jeżeli do mety zostało tak niewiele.
- Trudno, chcę, żebyś przywrócił stare   systemy.
- W ten sposób będziemy się cofać, nikt   na tym nie skorzysta, a i niepotrzebnie   zmarnujemy czas.
- Państwo jest sparaliżowane, nie   możemy już tyle czekać. Kiedy   przywrócisz stare systemy?
- Ta raptem dziesiątka osób, która   korzysta z CBD, może jeszcze trochę   poczekać. Szybciej skończymy, jeżeli   od razu będziemy testować na żywym   organizmie. Powracanie do starych   systemów w tym momencie jest   naprawdę nieporozumieniem.
- Nie, państwo nie może tyle czekać.   Masz przywrócić stare systemy.
- Jeżeli to zrobię, odchodzę z KSI i nie   będę dalej rozwijał systemów, ani   Triglava.
- Chcę żebyś przywrócił stare systemy.

    Jakiś czas później, dzięki uprzejmości straży książęcej w Surmali, nie zostałem zastrzelony, gdy próbowałem odwiedzić pałac namiestnika. W Surmali zawsze przestrzegano prawa, ale nigdy nie sądziłem, że straż książęca może być tak pryncypialna. – Wstęp wzbroniony, Wasza Wysok…, yyy proszę pana! Fascynuje mnie jeszcze do dzisiaj ta fasadowość i perwersja w głosie strażnika. Rozpocząłem wakacje, wolny od wszelkich obowiązków, bowiem dwa tygodnie wcześniej opuściłem KSI.

    Chodziłem po Dreamlandzie jak po cmentarzu, szukałem śladów życia. Okna w oddziałach Centralnego Banku znowu przysłaniano deskami, dyktami, byle czym. Remont. Stąd do wieczności. Dreamland znalazł się w punkcie zero. Nowa ekipa KSI rusza "krulewstwu" (to nie błąd!) z mozolną odsieczą.

    W połowie wakacji otrzymaliśmy politowania godną, tymczasową wersję rejestracji użytkowników - trudno nazwać to systemem. Zgodnie z zasadą, że tymczasowe rozwiązania zawsze się przyjmują, CRM nigdy nie został należycie skończony. Jako mało intuicyjny i dziurawy, poza rozdzielaniem obywatelom numerów NIM jest on w zasadzie nieprzydatny.

    Następny system – CRIP - pokazał, że Dreamland dąży do tego, by na każdego mieszkańca przypadała co najmniej jedna instytucja. Czy ta niebotyczna i wciąż rosnąca ilość instytucji na coś się przekłada? Czy coś się zmieniło od zeszłego roku? Niby mamy Senat, Izbę, Rząd. Nigdy jednak nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że posłowie w Izbie przypominają nieco widzów w teatrze Kantora. Wydaje się, że znaleźli się tam bezprawnie, okolicznościowo, bez poczucia taktu, w swej infantylności zagubieni.

    Nigdy nie mogliśmy sobie poradzić ze szkolnictwem - nie lokalnym, ale globalnym. Nowi obywatele powoli rozwiązują zagadkę, w jakiej się znaleźli, pomału znajdują drogę w labiryncie instytucji. Jesteśmy w Dreamlandzie. Trafiliśmy tutaj przypadkiem, albo skłonieni czyjąś namową. Po otrzymaniu numeru NIM lądujemy w jakimś stanie zawieszenia, jak paczki na poczcie – gdzieś w próżni między nadawcą a odbiorcą.

    Od niedawna mamy nowy bank CBD. Dużego wyboru, jako obywatel, nie mam; jest tylko jeden bank, więc nie mam wyjścia. Jako klient chciałbym, by moje środki na koncie były przede wszystkim bezpieczne, a samo konto w banku ma służyć raczej mnie, nie państwu. Tymczasem twórcy systemu bankowego poszli na łatwiznę, nie dbając o dobro obywatela. Jaki ma bowiem sens przydzielanie numeru konta z kodem państwa, numerem NIM i dodatkową tajemną trzycyfrową liczbą? Nie wystarczyłby sam numer NIM? Do tego, rzecz jasna, wszystko zmierza, by numer NIM był kodem-kluczem do wszystkiego. Czy tylko dla większej fantazji stworzono taki wymyślny numer konta? Przekonajcie mnie, że ma to swój sens. Konto w banku nie może zostać utworzone bez posiadania konta w CRM. Skoro tak, to dodatkowy numer konta nie jest potrzebny. A tak poza tym, co to za pomysł, by uzależniać bank od spisu obywateli?

Czy to się nazywa funkcjonalność systemów? Dlaczego obcokrajowiec nie może sobie założyć rachunku w CBD? Dlaczego można mieć tylko jedno konto w CBD, nie można założyć sobie kilku rachunków? Nie. Obywatel musi się dostosować, bo twórca systemu bankowego miałby za dużo roboty.

    Trudno przy takiej polityce banku uwierzyć, że CBD jest czymś więcej, niż skarbonką dla obywateli. CBD jest lokalnym, endemicznym bankiem i taki pozostanie. Bankiem? Szumne słowa – skarbonką raczej.

    W czasie mojego krótkiego okresu, kiedy rozwijałem Dreamland od strony informatycznej, odchodziłem od uzależniania systemów od siebie. Wzajemne silne relacje i powiązania to pułapka. Wyłączenie, awaria jednego systemu nie powinna wpływać na pracę innego systemu. Modyfikacja jednego nie powinna wpłynąć na drugi system. Chciałbym wiedzieć, że usunięcie konta w CRM lub w CRIP pozostawi moje oszczędności nienaruszone. Dreamland się zamyka, staje się wyspą w sensie metaforycznym, lokalne systemy działające w matczynych, opiekuńczych objęciach państwa, nie przeżyją nawet dnia, kiedy ktoś w końcu podniesie ten klosz, w którym funkcjonują. Sobie radę damy... - śpiewa Golden Life – te słowa najbardziej tutaj pasują. Udowodnijcie mi, że jest inaczej, że się mylę.

    Rozwiązywane są dotychczasowe problemy, natomiast planowanie dalekosiężne przytłacza naszych polityków. Nie planuje się długotrwałego, przemyślanego rozwoju państwa, tylko łatamy dziury. Co z tego tak naprawdę przypada na zwykłego obywatela? Wrażenie, że coś się dzieje nie wystarczy, żeby zainteresować i utrzymać przy sobie kolejnego imigranta.

    Myślę, że tak naprawdę, każdego potencjalnego obywatela przyciąga do państwa wirtualnego ciekawość, jak się tutaj żyje, będąc wirtualnym obywatelem. Okazuje się, że państwo wirtualne to nudne lektury kolejnych ustaw i bieganie z instytutu do instytutu z numerkiem NIM. Nie nazywam się Folke. Jestem 106834. To mój swoisty kod DNA. Jestem obywatelem wirtualnego państwa, a czuję się jak więzień.

    Miałem inną wizję rozwoju Dreamlandu, a żeby nie czuć się jak pasażer na Titanicu, sprzedałem swoje usługi Skytji (młode wirtualne państwo, bazujące na nordyckim modelu kulturowym – przyp. red.). Nie ukrywam, że jestem nastawiony krytycznie do obecnej sytuacji w Królestwie. Dopuszczam myśl, że komuś się jeszcze uda mnie przekonać. Chociaż im dłużej tu przebywam, liczę już raczej na cud, niż jakąś zmianę.

(Folke G. Plęzsivlzciji)

Instytut Nauki