|
|||||
Bartłomiej Jasiński, były szef rządu federalnego i dyżurny wichrzyciel polityczny, oficjalnie poinformował o rezygnacji z czynnego udziału w życiu publicznym Królestwa. Powody swej decyzji wyłożył znużony polityk w zwięzłym komunikacie, opublikowanym na głównej liście dyskusyjnej państwa. Tym samym udzielił on jednoznacznej odpowiedzi tym wszystkim, którzy od miesięcy z uwagą śledzili przebieg obrastającego w legendę procesu w sprawie posługiwania się nadprzepisową liczbą tożsamości. Tych zaś czytelników, którzy zechcą odtrąbić słabo tutaj definiowalny triumf sprawiedliwości, odsyłamy do lektury publikowanego na naszych łamach artykułu – swoistej summy politycznej barona Jasińskiego ("Dreamland nie jest państwem demokratycznym").
W chwili obecnej nie mam już celu działania, nie mogę nic więcej osiągnąć, bo niczego dla mnie nowego nie ma. Ta dramatyczna konstatacja – prawda, że godna prawnuka Seneki? - może z powodzeniem służyć za efektowną formułę pożegnalną co najmniej dziesiątce innych starogwardzistów, którym również nie starcza zapału do dalszego życia wśród doskonale im znanych, karłowatych drzew tego miniaturowego parku zabaw.
Nie zatrzęsły się mury pustoszejącego Pałacu Królewskiego, nie rozstąpiły stalowe niebiosa i nie zatrzepotały gniewnie czarne sztandary wzdłuż dreamlandzkich gościńców. Rząd Królewski nie zamówił trzydziestu dni gregoriańskich mszy, a place stołecznego grodu nie zaniosły się rzewnym płaczem skołowaciałych z rozpaczy żałobników. Bo też prawdą jest, że nie miał kto
w pustynniejącym Dreamlandzie opłakiwać odejścia Bartłomieja Jasińskiego. Dreamlandzkie puebla od długich miesięcy świecą pustkami, ciemnookie dziewoje odjechały z ostatnim transportem mniej anemicznych Arabów.
Jeśli miałbym pokusić się o sporządzenie listy dziesięciu najbardziej zasłużonych dla podtrzymania życia w Dreamlandzie obywateli, nazwisko byłego premiera z konieczności znalazłoby się na którejś z czołowych pozycji. Wolno przypuszczać, że Bartłomiej Jasiński taką listę otwiera. Elementarna uczciwość nakazuje mi jednak sporządzenie i drugiego zestawienia, grupującego tym razem tych luminarzy naszej sceny politycznej, którzy uchodzić mogą za architektów obecnego ustroju naszego wirtualnej monarchii. Na tej liście nie dostrzegam barona Jasińskiego, dygnitarza od długiego już czasu podduszanego. Dość powszechnie ignorowany, był poseł Jasiński mocno już przetrąconym pionkiem naszej politycznej szachownicy. Czy realizacji doczekał się którykolwiek z wielu punktów partyjnego programu SPD, spisanego przecież przed wieloma miesiącami? Jako człowiek bardzo już stary i tutejszym życiem doświadczony, mówię: nie.
Traktowany jak pospolity szkodnik i oszołom, nie miał możliwości odegrania większej roli w naszym maleńkim parlamencie. Laska wicemarszałkowska, mimo zgłoszenia stosownego wniosku, nigdy nie trafiła do gabinetu ambitnego socjaldemokraty. Jak krótkowzroczna okazała się taktyka jego sejmowych oponentów - przekonaliśmy się po przejściu marszałka Lenczowskiego w stan rozkosznej anabiozy. Bez szans na odegranie większej roli w dwóch ostatnich kadencjach Izby Poselskiej, szamotała się partia Cromwella i Jasińskiego na peryferiach wielkiej polityki. Sparaliżowane insekty wewnątrz pogrążonego w inercji organizmu.
Wkład Bartłomieja Jasińskiego nie ograniczał się, wbrew sugestiom niektórych obserwatorów, do niemądrych prowokacji i wszczynania karczemnych awantur. W osobowości Jasińskiego jak w soczewce ogniskowała się mentalność naszej społeczności. Jasiński, ze swą zapalczywością, nadąsaniem i – paradoksalnie - zdolnością do współpracy i poświęcenia pro bublico bono, był - można chyba zaryzykować takie twierdzenie - uosobieniem dreamlandzkiego ducha. Jako taki, świetnie uzupełniał się z dwoma innymi żywymi sztandarami naszej zbiorowości – Nimitzem i Svobodą. Profesor doktor poseł baron Jasiński. Takim go zapamiętamy. Arcyksiążę, pułkownik wojsk królewskich i kawaler Orderu Dreamlandu II Klasy. Tak, przed dwoma laty, sygnował swe listy żelazny regent. Pękają z żałości małe krwionośne naczyńka na dnie oka.
Bartłomiej Jasiński jako homo dreamlandicus. Lubię takie etykiety, może i Wy polubicie.
Wyobrażam sobie posła Jasińskiego, niebezpiecznie już odprężonego, jak w swym przez lata urządzanym gabinecie apatycznie manipuluje przy czerwonym krawacie, luzuje urojony ucisk, otwiera niespiesznie okno i, ciskając w ślepą przestrzeń ostatniego gitane’a, wskakuje w obiecującą otchłań. Koniecznie z zaciśniętymi pięściami. Wcześniej przez czas jakiś stał na taborecie i wykrzykiwał coś przez kuchenny lufcik do zdezorientowanych spacerowiczów. Zamilknij! – odkrzyknął ktoś, może bardziej nawet dosadnie.
Nie ma już sprawy Bartłomieja Jasińskiego.
(Jacques de Brolle)