|
|||||
Piwo i popcorn
W powietrzu coś wisi. Cisza przed burzą; słychać tylko delikatny szum przepływających w korespondencji prywatnej e-maili. Prężne umysły wielu młodych ludzi pracują na podwyższonych, jak mniemam, obrotach, by zgotować nam w najbliższym czasie eksplozję kulturalną w niespotykanych dotąd formie i wymiarze. Jak sądzę, zbliżająca się olimpiada – bo o tym mowa – jest planowana z rozmachem godnym tak podniosłej uroczystości. Nie wiem, czy powątpiewania reszty naszej społeczności w powodzenie tego przedsięwzięcia zmobilizowały organizatorów, czy też podcięły im skrzydła; mam nadzieję, że jednak zmobilizowały, albowiem każdy przejaw aktywności potrzebny jest nam jak deszcz rybom pływającym w brudnej, płytkiej kałuży, która, jak utrzymują stare karpie, była niegdyś prawdziwym stawem.
Pomysł ten wydaje się w oczywisty sposób trafiony, gdyż nic się tak w Dreamlandzie nie sprawdza, jak najróżniejszego rodzaju formy aktywności sportowej. Po nieco pobieżnym przyjrzeniu się sprawie dochodzę do wniosku, że i w tej dziedzinie panuje bardzo wysoka "umieralność": znalazłem nieporównywalnie więcej śladów takich klubów, które swój złoty okres mają najwidoczniej za sobą. Co więcej – zapewne z powodu ujemnego współczynnika przyrostu naturalnego w ostatnim czasie obserwujemy brak przedsięwzięć zakrojonych na większą skalę, a przecież w przeszłości zdarzały się imprezy prawdziwie monumentalne, gromadzące zawodników z innych państw wirtualnych.
Być może dobrze się dzieje, że problem olimpiady pojawił się w okresie zimowym, ponieważ lista działających dyscyplin sportu na dzień dzisiejszy wygląda mniej więcej tak: hokej, skoki narciarskie, boks, prawdopodobnie również piłka nożna, a i strzelectwo (do kaczek) można chyba tutaj wymienić. Nie jest tego wiele – być może pominąłem coś, ponieważ nie szukałem dostatecznie dociekliwie; z drugiej strony mam prawo założyć nieistnienie jakiegoś sportu w Dreamlandzie, skoro
nie znajdziemy o nim wzmianki ani na głównych stronach, ani na listach dyskusyjnych, nie mówiąc już o stosownych reklamach na łamach prasy. Oczywiście organizatorzy nie muszą ograniczać zbioru dyscyplin olimpijskich do tych jedynie, które są aktualnie uprawiane, ale przesadny rozmach może skończyć się brakiem uczestników. Po prostu.
Zafrapował mnie bardzo fakt, że tak łatwo upadają często ciekawe przedsięwzięcia sportowe. Przyczyn doszukiwałbym się w charakterystycznej konstrukcji takich projektów. Modelowy, jak sądzę, przykład wyglądałby tak: Pan X wpada na pomysł i zabiera się za jego przekładanie w zrozumiały dla v-obywatela HTML. Kiedy odpowiednia strona jest gotowa, Pan X reklamuje się "gdzie może" i gromadzi większą lub mniejszą ilość uczestników, po czym rozpoczynają się zawody / rozgrywki, itd. Po pewnym czasie Pan X jest już coraz bardziej znudzony swoim własnym przedsięwzięciem, lub też zaczyna mieć zbyt mało czasu; jednym słowem - przestaje się angażować, co zawsze prowadzi do śmierci witryny, która jednakże pozostaje na serwerze i jeszcze długo straszy potencjalnych mieszkańców Dreamlandu.
W realu możemy sport uprawiać czynnie (jeśli kogoś bawi pocenie się, bóle mięśni i kontuzje) lub biernie – czyli tak, jak prawdziwi mężczyźni – z puszką piwa i paczką popcornu, rozpostarci w wygodnym fotelu ustawionym vis-á-vis telewizora. Słowo "biernie" może być tutaj mylące, gdyż nawet przygotowywanie się do transmisji wydarzenia sportowego niejednokrotnie niesie ze sobą konieczność wyprawy do sklepu po stosowne wiktuały, co wymusza oderwanie pośladków od miejsca siedzenia, zaś po powrocie wiąże się z nieprzyjemnym procesem nagrzewania siedziska na nowo do temperatury zapewniającej odpowiedni komfort.
Bierne oglądanie v-sportów należy do rzadkości. Nasza społeczność jest aktywna, wysportowana i często masowo uprawia wiele dyscyplin na raz. Czym jednak jest v-sport? W najgorszym przypadku udziwnioną odmianą Dreamototka (jak np. boks – choć oczywiście poza szczęściem trzeba też trochę pokombinować), w najlepszym – uproszczoną symulacją menadżera
sportowego. Pozostaje jeszcze cała gama gro-pochodnych sportów, które bazują na popularności tychże gier – i może rzeczywiście należy bacznie przyglądać się, czy w pewnym momencie nie pojawi się entuzjasta organizujący Wirtualna Ligę Counter Strike’a – bo może nagle okazać się, że tak zwany v-sport stanie się miejscem rywalizacji entuzjastów gier komputerowych. Nie o to przecież chodzi w v-państwie. Nie mam nic przeciwko grom komputerowym, ale nie chciałbym, by były one obecne w Dreamlandzie równie często, jak w realu.
Gdy tak się z uwagą przyglądam naszym sportom, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że aktywne uczestnictwo jest domeną jedynie twórców zajmujących się uzupełnianiem wyników na stronie i kontroli przebiegu zawodów oraz może jeszcze właścicielom klubów. Pozostali uczestnicy angażują się w stopniu, który bliższy jest modelowi piwo + popcorn. Już słyszę głosy oburzenia tych wszystkich, którzy spędzają godziny na trenowaniu skoków narciarskich lub z mozołem poprawiają o ułamki sekund czasy na kolejnych trasach Elastomanii. Drodzy Państwo – naprawdę uważacie, że wasz wysiłek da się porównać z pracą członków Rządu, burmistrzów, redaktorów gazet, organizatorów zawodów? Chyba jednak sport jest najmniej twórczą dziedziną życia Dreamlandu i najmniej wnoszącą do naszej społeczności – bo jak dotąd nie wypracowano takiej formuły, która pozwalałaby cieszyć oczy tych, którzy bezpośrednio udziału nie biorą. Z braku biernych widzów to sportowcy zasilają grupę piwoszy. Zamiast się obrażać, pomyślcie nad tym, jak to zmienić.
Brakuje nam prawdziwie dreamlandzkich i ambitnych dyscyplin sportowych. Takich, które bazują na autorskich pomysłach i do tego wymagają od uczestników rozwijania określonych umiejętności. W realu sport rozwija (głównie ciało), a w v-państwie cóż takiego powinien rozwijać? Chętnie będę sponsorował przedsięwzięcie spełniające powyższe kryteria – oryginalność i twórcza postawa uczestników. Ciekaw jestem, czy można cokolwiek takiego wymyślić (proszę śmiało pisać na mój prywatny adres). Być może gdyby zawodnicy aktywnie włączali się w proces kreowania kształtu danej dyscypliny, to po ewentualnym odejściu autora pierwotnego pomysłu sama idea nie upadałaby tak łatwo? A może pozostawić sport jako mało wymagającą rozrywkę dla tych wszystkich, którzy są zmęczeni po prawdziwie twórczej pracy?
(Yelonek Rogacz)