Posted by Yaraeh on Aug 8, 2008 in
Uncategorized
Znana i lubiana Anarchia: Odcinek III. Czytaj tylko u nas.
Lasy koło Athos, godz 0:15
Głodny, brudny i obdarty człowiek przemierzał ciemny las, szukając jakiegoś miejsca na noc. Na to, że znajdzie jakąś wioskę, już dawno stracił nadzieję.
- Jagody! - zauważył. Niestety, ktoś już tutaj był i owoców ostało się niewiele. Gdy skonsumował ostatnią jagodę, pomyślał, że miałby ochotę na porządny obiad, czy raczej kolację o tej godzinie. W sumie był przyzwyczajony jadać w nocy, w końcu był informatykiem. Dobrze powiedziane - był… Teraz błąkał się po lesie, od dwóch dni nie miał nic porządnego do jedzenia w ustach, wodę pił z nielicznych strumyków, jakie napotkał na swojej drodze, w dodatku nie wiedział, gdzie jest i stracił poczucie czasu. Szedł przed siebie, bez celu, gdy nagle spostrzegł, że w oddali majaczą jakieś zabudowania.
- Niemożliwe! Tam są jakieś domy! - wyszeptał - Pewnie to jakaś fatamorgana… - Przez jakiś czas walczył z myślami. Z jednej strony, gdyby zakradł się do jakiegoś domu, mógłby wziąć sobie coś do jedzenia. Z drugiej strony, mogliby go złapać… - A tam, ryzykuję! - I poszedł przed siebie dziarskim krokiem.
Athos, godz 0:30
- To jednak nie było złudzenie - szepnął sam do siebie - Znalazłem jakąś wioskę. Chwila… Co to może być… Kiedyś byłem tutaj, nie pamiętam kiedy, ale byłem… Jak się ta miejscowość nazywała? - zastanawiał się dłuższą chwilę - Yaraeh mi chyba ją pokazywał, jak jego syn objął tutaj sołectwo…Athos! - mało nie wrzasnął ale w porę sobie przypomniał, że jest ścigany. - To doszedłem aż tutaj? I co teraz zrobię? Zwrócić się do Michała o pomoc? To jest w końcu syn Yaraeha, mojego przyjaciela… Powinien mi pomóc. - W końcu postanowił, że zakradnie się do pokoju Bronka. Rozejrzał się po okolicy. - Gdzieś tu powinna być tabliczka z napisem “Dom Sołtysa”… O! Jest! - podekscytowany ruszył w stronę domu Euskadiego. Obszedł go dookoła i obejrzał uważnie. Gdy już wydedukował, gdzie śpi sołtys, podszedł pod okna jego pokoju. Na szczęście były otwarte - co nie było niczym dziwnym, z powodu gorącego klimatu tego miejsca. Przełożył jedną nogę, potem drugą i już był w pokoju. Nagle spostrzegł, że Michał się obudził i już miał zamiar wrzeszczeć. Intruz doskoczył do niego w błyskawicznym tempie i zakrył mu usta dłonią. Bronek, gdy zobaczył z kim ma do czynienia, wytrzeszczył oczy. Mężczyzna postanowił zaryzykować i zdjął rękę z twarzy sołtysa. Ten wstał z łóżka i z nagłym zrozumieniem malującym się na jego twarzy podszedł do aparatu telefonicznego i wykręcił numer. Odczekał kilka sygnałów i zaczął mówić:
- Cześć, tato. Tak, wiem, która jest godzina. Wiesz, mam sprawę… Konias jest u mnie. Tak, właśnie ten Konias. Tak, tak. Dobrze, czekam, pa. - odłożył słuchawkę i odwrócił się do hrabiego - Tata już tutaj jedzie. Masz poczekać na niego - lustrował wzrokiem intruza cały czas - Widzę, że nie jesteś w zbyt dobrym stanie… Dam ci jakieś ubranie i trochę jedzenia, a łazienkę znajdziesz za tamtymi drzwiami - machnął ręką w kierunku dębowych drzwi - Poczekaj tutaj - po czym sołtys Athos wyszedł z pokoju. Kwazi usiadł na łóżku. Gdy poczuł jego ciepło i miękkość, sam nie wiedział, czego bardziej pragnie - czy dobrego jedzenia, czy przespania się.
Santa Ana, godz 0:30
- Co ten głupi Konias myśli sobie?! Przecież mogli go złapać! Ale nie, on tak po prostu, najbardziej poszukiwany człowiek w Sarmacji, zakrada się do domu mojego syna - takie myśli krążyły po głowie Yaraeha - Tak jakby wpadł z gospodarską wizytą - baronet uniósł oczy ku sufitowi i westchnął. Po czym niewiele myśląc, zamienił strój nocny na ubranie “nieoficjalne”.
Ciekawe co sobie pomyślą, strażnicy, jak tak po prostu wyjadę w środku nocy - ta myśl przebiegła przez umysł namiestnika - Trudno, trzeba to dobrze rozplanować.
I niewiele myśląc wyszedł tylnymi drzwiami i okrążył szklarnię. Po czym schował się za pięknym cedrem i czekał. Nie musiał długo oczekiwać, bo już w następnej chwili przeszło obok niego dwóch strażników. Yaraeh, błogosławiąc się w duchu za pomysł zmniejszenia ilości etatów, oraz że wybrał akurat nocną zmianę, szybkim ciosem w głowę powalił pierwszego. Jego towarzysz nie zdążył nawet się obrócić i padł obok drugiego.
Amatorzy - pomyślał Yaraeh zapuszczając silnik w czarnej Wołdze.
Athos, godz 1:25
Hrabia Konias, już umyty, ogolony, przebrany i nakarmiony, rozglądał się po pokoju w którym się znajdował. Był to ładny, przestronny pokój, z bielonymi ścianami, w którym znajdowało się proste kute łóżko, dębowe biurko, szafka, oraz toaletka na której stało zdjęcie dwóch osób, mężczyzny ubranego w garnitur, o smagłej twarzy i prostym, jeszcze niezłamanym nosie, zaś obok niego siedziała kobieta, jaśniejsza ale równie piękna co i on. Kwazi podszedł do toaletki, przyjrzał się zdjęciu i roześmiał się - Przecież to Yaraeh, zaraz po tym jak go skuto małżeńskimi kajdanami!
Jego rozmyślania zostały przerwane, gdyż do pokoju wkroczył podekscytowany Michał, zaś zaraz za nim kroczył jego ojciec, o nieco niezadowolonej twarzy. Jednakże gdy tylko zobaczył siedzącego na łóżku przyjaciela, kąciki jego ust podniosły się nieznacznie, co w tej niebezpiecznej sytuacji mogłoby zostać odczytane jako uśmiech.
- Witajcie towarzyszu hrabio - rzucił Yaraeh nieco z przekąsem
- Buenas tardes, towarzyszu baronecie - Kwazi silił się na spokój i pogodę ducha. Żart ten widocznie musiał nieco rozbawić towarzysza baroneta, ponieważ w jego oczach pojawiły się na chwilę ogniki śmiechu. Po czym odwrócił się i nieco bardziej rzeczowym głosem polecił synowi - Nie widziałeś ani Kwaziego, ani mnie. Nie telefonowałeś także do mnie o tej porze - rzekł surowo - Jak chcesz, możesz rano do mnie przyjechać, po wytyczne - dodał nieco cieplejszym tonem, zaś przy dwóch ostatnich prawie się uśmiechnął.
***
Samochód wyjechał w kierunku nowej stolicy Gellonii. Yaraeh zapalił papierosa i spojrzał na pasażera - Nic się nie zmieniłeś. Widzę, że w ogóle cię nie interesuje co, jak, gdzie, kiedy i dlaczego. A przynajmniej tak długo, aż ja nie zacznę o tym mówić - namiestnik uśmiechnął się
- Dobrze, zatem aby nie było - Książę Teutończyków także się uśmiechnął - pytam zatem, o co w tym wszystkim chodzi? Bo sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana, niż kod Syriusz. Zatem?
- Może ty mi opowiesz najpierw o sobie, żebym wiedział co wiesz i nie musiał opowiadać tego, co już wiem.
- Był wczesny wieczór, gdy Mateusz Karczewski przybiegł do mojej kancelarii - na dźwięk tego nazwiska Yaraeh się skrzywił - I powiedział że nie ma teraz czasu do stracenia i muszę uciekać - ciągnął niezrażony tym gestem dezaprobaty hrabia - Gdy zacząłem go wypytywać, o co chodzi, powiedział że szykuje się jakiś spisek. Wyszedłem zatem ze swojej kancelarii, gdy zobaczyłem jak kilku ludzi podjeżdża pod mój dom - hrabia zakaszlał gdy twarzy Yaraeha została spowita dymem - Nie zdążyłem się nawet pożegnać z żoną i dziećmi. Reszta, to gehenna błąkania się po bezdrożach. Tak trafiłem do twojego syna. Resztę chyba znasz?
- Zatem słuchaj! - rzekł baronet z niezadowoleniem - Ja słyszałem, iż wyskoczyłeś przez okno sypialni - uśmiechnął się namiestnik - i nie zdziwiłbym się gdyby wiatr cię porwał - wtrącił złośliwie - ale to w tej chwili nieważne. Jak nowy reżim padnie, to napiszesz autobiografię - rzucił gdy zobaczył niezadowolone spojrzenie Kwaziego - ale teraz ważniejsze jest to, iż nie tylko ciebie próbowano wysiudać z fotela. Również Kefas został detronizowany. Tak, tak, ancient regime się skończył - dodał widząc malujące się bezkresne zdziwienie na twarzy hrabiego
- Ale jak…co ja…jak ja… - zaczął się jąkać Konias
- Normalnie, przygotowano zamachy na wszystkich i takie tam - Yaraeh ziewnął i zaciągnął się papierosem - ideologicznie i militarnie - nuda - wtrącił - ale ważny jest fakt, że teraz Mapcio uważa że jestem zwolennikiem jego reżimu, niech tak myśli dalej, daleko zajdzie - wtrącił kolejny raz - jednakże ty jesteś poszukiwanym numer jeden, zaś jeżeli by nas złapali - to czekałby ciebie stryczek, ja zaś dokończyłbym żywota gnijąc w więzieniu.
- Chcą mnie zabić? - zapytał ze strachem w oczach Kwazi
- Nie wiem, jeżeli by cię złapali… - odrzekł baronet - Ale wiem, że ty już nawet nie jesteś hrabią, zostałeś pozbawiony tytułu i obywatelstwa
- A ty pewnie jesteś diukiem? - zapytał z przekąsem
- Nie, widać reżim nie uważam mnie za tak wartościowego człowieka - uśmiechnął się - nie, jestem markizem - zaśmiał się szyderczo - O jesteśmy na miejscu - dodał
Kierowca zgasił silnik i spojrzał na leżące w bezładzie ciała strażników - A ci amatorzy dalej tam leżą. Chyba będę musiał wymienić straże - uśmiechnął się ponuro
Kwazi rozejrzał się po okolicy i spojrzał na zegarek Yaraeha. Była druga w nocy - Dlaczego nie słychać bicia dzwonów? - spojrzał z ukosa na Yaraeha - To mi się w ogóle nie podoba - zebrał siły w sobie i zadał pytanie, niby mimochodem, nie chcący aby jego towarzysz pomyślał sobie, że mu nie ufa - Jest d-druga, prawda? A d-dlaczego nie s-słychać bicia d-dzwonów? - wyjąkał, lecz ku jego zdziwieniu Yaraeh się uśmiechnął - Przecież jesteśmy w Santa Ana - wyjaśniał mu - a tutaj nie ma kościołów, tylko meczety. A zresztą, to stawia w dobrej perspektywie nasze podejście do sprawy - rzekł baronet z przekąsem - Jest druga w nocy, jesteś najbardziej poszukiwanym człowiekiem w kraju, ja zamiast spać, jeżdżę po swojej ziemi, a ty się martwisz tym, że nie słychać bicia dzwonów! Specjalnie dla ciebie je niezwłocznie zainstalujemy, abyś mógł odczuć komfort psychiczny! - dodał z wyrzutem.
Santa Ana, godz 2:15
Yaraeh wraz ze swoim towarzyszem szli po omacku po Pałacu Euskadich. Baronet stanowczo i energicznie prąc do przodu, hrabia raczej nieco lękliwie trzymał się pół kroku za nim, oceniając sytuację. - A jeżeli jest po ich stronie? - ta myśl nie nastrajała go zbyt optymistycznie do życia - Gdyby chciał, to by mnie tymi łapami na miejscu zabił. Co mam zrobić, jak sprawy przybiorą dla mnie niekorzystny obrót? Wyskoczę przez okno? A może…Ałł! - rozważenia Kwaziego zostały przerwane, bo wpadł na coś twardego i dużego.
- Ty idioto! - szepnął namiestnik - Nie mogłeś wybrać głupszego sposobu narobienia hałasu - rzekł złośliwie
- A co to w ogóle jest, do jasnej cholery - zdenerwował się hrabia - Dlaczego idziemy po ciemku?!
- Masz, zapalę ci światło - rzekł Yaraeh zapalając świeczkę, która dawała rozmigotane światło - Ale jak nas złapią, to naprawdę, przeklnę cię w imię Allaha, Wandy i nawet w imię Mapcia. - powiedział z niezadowoleniem.
- Nikt normalny nie trzyma w domu worka treningowego w takim miejscu! - powiedział Konias na swoją obronę.
- Idziemy - uciął Yaraeh - I przestań ciągle węszyć spisek na własne życie, bo gdybym był po tamtej stronie, nie fatygowałbym się do Athos, tylko wysłał kogoś od Mapcia. - dodał - I jeśli naprawdę uważasz, że jestem po ich stronie, to znaczy tylko, że masz gorzej w głowie, niż myślałem - powiedział gdy zobaczył, jak Kwazi otwiera usta aby zaprotestować.
Szli w milczeniu przez kilka minut. Przeszedłszy przez kręcące się schody, stanęli przed cedrowymi drzwiami.
- To będzie twój lokal komunalny - rzucił namiestnik.
Konias wszedł do pokoju, który okazał się mu o wiele większy niż jego sypialnia w Teutonii. Był także urządzony z większym przepychem i posiadał o wiele więcej bibelotów.
-Skąd ich na to wszystko stać?! - zdziwił się, po czym jego wzrok spoczął na trzech portretach zawieszonych nad cedrowym biurkiem, z czego dwa były mniejsze, zaś środkowy, nieco większy przedstawiał Yaraeha. Z obrazu po lewej uśmiechał się towarzysz Wanda, zaś po prawej widniała nieznana mu kobieta w mundurze. Gdy podszedł do niego bliżej, zauważył że na mundurze ma napis Gnomiej Armii Republikańskiej, zaś sam obraz jest podpisany “Waldemaria Depa-Zboynitzki de Pierdzimączka - Matka Narodu Gnomiego”. W pokoju pełno było różnych akcentów nawiązujących do Wysokogórskiej Republiki Elfidy. Koło wejścia do łazienki stała nawet ceremonialna spluwaczka, którą Yaraeh zapewne wyniósł z jakiegoś gmachu. W końcu, zmęczony oglądaniem dziwactw gospodarza, rzucił się w odzieży na łóżko i oddał się objęciom snu.
Posted by Yaraeh on Aug 8, 2008 in
Uncategorized
Tak jak i w zeszłym tygodniu. Plebiscyt na Złego Człowieka Tygodnia oraz Kawalera Orderu Bzdury.
Zasady jasne - zgłaszamy kandydatury w komentarzach.
Rozstrzygnięcie - w niedzielę.
Pan Aaron zaś, za poprzedni plebiscyt, wygrywa możliwość jednorazowego skomentowania Kuriera za darmo.
Posted by Yaraeh on Aug 5, 2008 in
Uncategorized
W dzisiejszym numerze mam przyjemność zaprezentować wywiad z Chorążym Szac.
Dzień dobry. Pańska wypowiedź odnośnie barona Karczewskiego, którego nasza redakcja uhonorowała tytułem Złego Człowieka Miesiąca, Orderem Bzdury oraz tytułem Last Minute, spowodowała dyskusję na temat osoby rzeczonego barona. Czy to prawda że pański stosunek do jego osoby jest raczej niechętny?
Tak. Baron Karczewski w czasie swojego pobytu w Sarmacji dał wybitny dowód swojej niedojrzałości. Upozorowanie śmierci człowieka, by objąć posadę pod innym nazwiskiem jest zdecydowanie haniebnym czynem, który w moich oczach przekreślił postać barona.
Jednakże, myślę że nie powinno się przekreślać ludzi za jeden czyn. Co prawda nie jestem zwolennikiem barona, czego wyraz redakcja dała w niedzielnym wydaniu, ale czy tylko jeden czyn tak zaważył na jego reputacji w pańskich oczach?
Generalnie staram się ludzi nie przekreślać, ani nie uważać, cytując hrabiego Daniel Chojnackiego, za totalne zero. Trzeba dawać ludziom drugą szansę, możliwość resocjalizacji. Niemniej jednak zbrodnia barona za bardzo kłuje moje serce, żeby mu pozwolić na odpokutowanie.
A co mógłby Pan powiedzieć tak od serca na temat Karczewskiego i do Karczewskiego?
Baron ma jeszcze mleko pod nosem i jest książkowym przykładem ‘dziecka Neostrady’, za co powinno się zamykać w więzieniu. Niestety prawo Księstwa Sarmacji tego nie przewiduje. Co do samego barona, apeluję: Baronie! Zmień szerokopasmowy dostęp do internetu na modem, na kafejkę. Wyjdzie lepiej dla barona i Sarmaty szerokopojętego.
To poważne oskarżenia. Nie boi się pan nieprzyjemnych reperkusji, takich jak np. rozprawa sądowa?
Nie boję się. Jeśli baron wytoczy mi proces, stawię się najprędzej jak będę mógł. Żeby nie było żadnych niedopowiedzeń: Mateusz Karczewski jest niegodny noszenia tytułu barona Księstwa Sarmacji. Będę trzymał się swoich poglądów nawet po skazaniu wyrokiem, jeśli sąd na taki się zdecyduje.
Zatem zabawmy się w political fiction - jest pan Księciem Sarmacji - jakim tytułem uhonorowałby pan barona Karczewskiego, jeśli w ogóle?
Persona non grata w Księstwie.
Jednakże baron Karczewski niewątpliwie wniósł wiele do Księstwa Sarmacji. Nie tylko takie kwiatuszki jak kantor pod dumnym szyldem giełdy oraz nikomu nie potrzebną Loardię. Z moich prywatnych rozmów z hrabią Koniasem wynikało, że baron Karczewski przyczynia się do rozwoju informatycznych zagadnień Księstwa.
I za to baron powinien otrzymywać wypłatę stosowną do jego pracy. Czy ja wypełniając sumiennie rozkazy Hetmana Magnuszewskiego mam być cały czas podnoszony do coraz wyższych stopni? Otrzymuję żołd i stoję na straży Księstwa, co jest najwyższą nagrodą.
Za to zatem według pana powinno się honorować ludzi tytułami i odznaczeniami państwowymi?
Chciałbym przytoczyć Dekret Księcia Sarmacji nr 197 o orderach i odznaczeniach, mianowicie art. 1, pkt. 1: “Ordery i odznaczenia cywilne nadaje Książę. Książę nadaje ordery i odznaczenia cywilne z własnej inicjatywy oraz na wniosek ministrów lub namiestników.” Jak czytamy, Książę, ministrowie i namiestnicy decydują kto dostanie order i za jakie zasługi. Z tytułami jest podobnie. Niemniej jednak w moim przekonaniu zasługi barona Karczewskiego są co najmniej niewystarczające. Jednak to nie ja jestem Księciem, ani ministrem, czy też namiestnikiem.
Zmieniając nieco temat naszej rozmowy. Czy podziela pan opinię iż Księstwo Trizondalu można by uznać za swoisty odpowiednik terytorialny i samorządowy barona Karczewskiego?
Tak. Powiem nawet więcej, baron Karczewski powinien zająć się jedyną dziedziną, która Trizondalowi nawet wychodzi tj. grą w piłkę.
Dziękuję zatem za rozmowę.
Dziękuję uprzejmie.
Posted by Yaraeh on Aug 4, 2008 in
Uncategorized
W Loży Szyderców z zeszłego tygodnia, znalazły się takie kwiatuszki jak:
Wszystkim wyszczególnionym gratulujemy, a także życzymy dalszych sukcesów.
Posted by Yaraeh on Aug 3, 2008 in
Uncategorized
A teraz gratka dla czytelników Kuriera.
Specjalnie dla was, druga część Anarchii (kto nie czytał pierwszej niech się z nią lepiej zapozna - ułatwi mu to zrozumienie akcji w następnych odcinkach)
Trizopolis, godzina 0:05
Marcin już od dłuższego czasu biegał po mieście, próbując uciec swoim prześladowcom. Jednak powoli tracił siły i wiedział, że długo tak nie wytrzyma. Przez głowę biegły mu myśli
- U kogo w domu mogę się schronić? Peterelli? Nie, rzecz jasna. Marcel jest w Rotterze, Karolina też, Paulina… Paulina może jest w mieście! - oświeciło Komosińskiego. Natychmiast udał się w kierunku domu Pauliny, co jakiś czas rzucając spojrzenia za siebie. Na szczęście jego niedoszli oprawcy byli daleko od niego. Gwałtownie skręcił w ciemną uliczkę i zaczął dobijać się do drzwi domu Ivette. Otworzyła mu sama gospodyni. Na jej twarzy było widać mieszankę zdziwienia z przerażeniem. Marcin już miał coś powiedzieć, gdy ta wzięła go za rękę, wciągnęła do środka, zamknęła drzwi i zaczęła biec po schodach na górę, ciągnąc za sobą zdezorientowanego mężczyznę. Gdy zatrzymali się w końcu w pokoju, Paulina podeszła do kufra w rogu pomieszczenia i zaczęła coś z niego wygrzebywać, a następnie podała Marcinowi.
- Przymierz to. Powinno być dobre. - wyciągnęła ku niemu pęk ubrań. Mężczyzna włożył i przejrzał się w lustrze, obecnym w pokoju.
- Ty, ale to jest kobieca bluzka! - Marcin wyglądał na tyle zdziwionego, co oburzonego.
- Wiem. - odparła z diabelskim błyskiem w oku Paulina - Jutro to włożysz. A na razie kładź się do łóżka. - wskazała na mebel pod ścianą. - Miłej nocy. - i wyszła z pokoju. Komosiński pozostawiony sam sobie nie wiedział, co robić. Ba! Nie wiedział, co w ogóle się dzieje! Po minucie stania bez ruchu w końcu postanowił posłuchać się Ivette i iść spać.
Już zasypiał, gdy nagle usłyszał walenie do drzwi domu.
- Przyszli po mnie! - mało nie wyskoczył z łóżka, ale już słyszał zbieganie Pauliny po schodach. Zbliżył ucho do drzwi pokoju i starał się wyłapać dźwięki dochodzące z dołu.
- GDZIE ON JEST?! - ktoś wyraźnie krzyczał
- Jaki on? - spytała się Ivette, jakby była zupełnie nieświadoma, kogo szukają. - I co w ogóle robicie w moim domu w środku nocy? Człowiek się wyspać nie może!
- Ale widzieliśmy… - już z mniejszą pewnością siebie zaczął mówić mężczyzna.
- Co widzieliście? CO?! Pytam się - co? Widmo? - Paulina najwyraźniej świetnie wczuła się w rolę
- Yyy… No tentego… Pewnie pobiegł gdzie indziej. Przepraszamy panią. - powiedział lekko zmieszany mężczyzna.
- No! A na przyszłość nie życzę sobie żadnego takiego wchodzenia do mieszkania w środku nocy i budzenia porządnych ludzi!
- Dobrze. - odrzekł i cała grupa udała się na dalsze poszukiwania Marcina.
- Jeny, ta Ivette jest niesamowita. - pomyślał Komosiński i poszedł spać.
Trizopolis, godzina 5:00
- Marcin, obudź się! - coś zaczęło trząść jego ciałem. Otworzył oczy i zobaczył Paulinę nad sobą. - Wstawaj, bo jedziemy!
- Yyy… że co? Jedziemy? Gdzie? - ciągle nic do niego nie dochodziło. Dziewczyna nie czekała i od razu zepchnęła chłopaka z łóżka. - Ej! To bolało!
- Lepiej wstawaj. - powiedziała. Marcinowi już nie trzeba było tego powtarzać i w ciągu pięciu minut już stał przed lustrem, ubrany w damskie ciuchy. - Yyy… Wyglądam idiotycznie.
- Odkryłeś Amerykę. - odpowiedziała Paulina - Ale inaczej nie przetransportujemy cię do Rottery.
- Yyy… Do Rottery? - zapytał zdziwiony.
- Owszem, do Rottery. Musimy zasięgnąć porady, co dalej z tobą zrobić. Bo chyba raczej nie zostaniesz w Trizopolis, gdzie cię poszukują… - Marcin tylko coś mruknął i pozwolił Paulinie włożyć perukę na jego głowę. Gdy się przejrzał w lustrze, musiał przyznać dziewczynie rację - w takim przebraniu raczej go nie rozpoznają.
- Ach, zapomniałabym. - powiedziała Ivette. Marcin odwrócił się do niej, czekając na dokończenie. - Oficjalnie jesteś moją koleżanką i nazywasz się Michalina.
Przedmieścia Rottery, godzina 15:00
- Paulina?
- Tak?
- Gdzie my zamierzamy iść?
- Najpierw do domu Marcela. Prawdopodobnie zastaniemy tam jeszcze Karolinę, Silverdę i Przema. - gdy to usłyszał, podniósł się.
- To wy wszyscy wiedzieliście, co się stanie?!
- Wszystkiego się dowiesz u Marcela. A na razie się zamknij, bo przed bramą stoją jacyś strażnicy. - i faktycznie. Podeszli do ich samochodu, sprawdzili dowody osobiste i poszli sprawdzać inne auta. Najwyraźniej Peterelli wiedział, że Marcin będzie się próbował dostać do Rottery, co bardzo niepokoiło Paulinę. Próbowała się przekonać, że to czysty przypadek, a straże zostały rozstawione w całym Trizondalu, mimo to coś nie dawało jej spokoju. Dotknęła ręką swojego brzucha - pistolet leżał ukryty, ale dziewczyna nie miała za bardzo ochoty go używać.
- Jesteśmy przed domem pana Hansa - zameldował szofer
- Świetnie, jakbyś mógł, poczekaj tutaj na nas, dobrze?
- Dobrze.
Dzwoniąc do drzwi mieszkania obydwoje czuli co innego. Paulina - ulgę, że ma się z kim podzielić problemem. Marcin - niepewność i strach przed przyszłością.
- Tak? - drzwi otworzyła Karolina. Stanęła i popatrzyła się po nich. Gdy spojrzała na osobę koło Pauliny, już miała otworzyć usta, ale po chwili je zamknęła i gestem zaprosiła ich do środka. Zamykając za nimi drzwi, rzekła:
- Jeśli to ty, Marcin, sądzę, że już możesz zdjąć to przebranie. - Komosiński z ulgą zerwał z siebie perukę i rzucił na najbliższą szafkę. Już miał coś wrzasnąć ale zauważył, że dziewczyny mają poważne miny i postanowił zamilknąć. Wszyscy przeszli do salonu, w którym już siedziały dwie osoby.
- Marcin! A tak się bałam, że ci się coś stało! - Silverda Jańczyk rzuciła się na chłopaka i zaczęła go przytulać. Po chwili namiętnych przytulań, w końcu usiedli przy stole. Marcel chrząknął. Było widać, że nie za bardzo wie, co powiedzieć. W końcu się odezwał
- Cieszę się bardzo, że Paulina cię szczęśliwie przetransportowała… Mieliście jakieś przygody po drodze?
- Nie ale przed Rotterą były wzmocnione straże, co mnie bardzo zaniepokoiło… - gdy dziewczyna skończyła mówić, Karolina, Silverda i Marcel popatrzyli po sobie.
- Przemo powiedział wszystko Morawcowi. - powiedziała cicho pani Jańczyk.
- Jak to?! - Paulina była wyraźnie zaskoczona - On?!… - Po tym w pokoju zaległa cisza. Przerwały ją słowa Karoliny:
- Na szczęście nie wie, gdzie dokładnie miał być Marcin przetransportowany. Ale faktem jest, że wzmocnione straże przed miastem nie zwiastują niczego dobrego. - w tym momencie Marcin wybuchł:
- Co tutaj się właściwie dzieje?! Dlaczego ja jestem tutaj, zamiast spokojnie spać w pałacu albo nie wiem, jechać do Nowego Miasta?! Cały czas tylko ględzicie, a mi nic nie mówicie! - złapał oddech w płuca i już miał dalej mówić, gdy jego małżonka zastopowała go gestem.
- Dobrze, opowiem ci wszystko od początku… - napiła się herbaty z kubka i kontynuowała - Tydzień temu byłam w Almerze w sprawach zawodowych. Wstąpiłam do tamtejszej restauracji na chwilę. Pijąc kawę słyszałam, jak dwóch mężczyzn rozmawiało z sobą. Mówili o spisku, który ma na celu przejęcie władzy w Księstwie Sarmacji… Aby pełne przejęcie władzy się udało, trzeba było przeprowadzić jednej nocy atak na zarządców wszystkich Krajów Koronnych i prowincji. - napiła się ponownie i ocierając usta, kontynuowała dalej - W sumie sama rozmowa o niczym by nie świadczyła, gdyby nie to, że na zamku, zostawiając papiery dla Księcia u jego sekretarki, słyszałam rozmowę dwóch sprzątaczek. Mówiły o tym, że Mikołaj Aleksander Piotr ma wielką chrapkę na władzę i osiągnie swój cel, dobierając sobie nawet najgorszych wspólników. Z ich rozmowy wynikało, iż Książę przyjmuje jakąś nowinę bardzo spokojnie, aż za spokojnie i nie podejmuje żadnych kroków. Zostałam jeszcze na noc w Almerze, bo zrobiło się późno. Rano wyleciałam samolotem prosto do Rottery i w obawie o ciebie nakazałam Paulinie jechać do Trizopolis. Traf chciał, że to było przy Przemie, który najpierw powiedział nam, że Morawiec nie jest z nami, a potem sam przeszedł na drugą stronę… - uśmiechnęła się smutno - Dzisiaj rano jeszcze byłam w Grodzisku. Tam władzę przejęła Calisto Kami-Chojnacka. - napiła się znowu herbaty. Marcin nie wiedział, co powiedzieć.
- Czyli… cała Sarmacja…
- Tak, cała Sarmacja jest w rękach spiskowców. A ty jesteś najbardziej poszukiwanym człowiekiem w Trizondalu. Dzisiaj, wysiadając z samolotu, widziałam listy gończe. Paulina bardzo dobrze cię ukryła ale ta maskarada na dłuższą metę nie wystarczy. Trzeba cię ukryć gdzieś za granicą… Może w Mersji?
- Ale dlaczego trzeba mnie ukrywać? To raczej was… - próbował dokończyć, ale ta przerwała mu w pół słowa.
- Słuchaj, ciebie szukają, nie nas. My możemy, póki co, robić wszystko i swobodnie się poruszać. W przeciwieństwie do ciebie. - w tym momencie wstała i zaczęła krążyć po pokoju - Jeśli złapią ciebie…
- Dobra, dobra… - przerwał Marcin i w tym momencie do drzwi zadzwonił dzwonek. W pokoju nastała panika, ale Marcel kazał się wszystkim uspokoić, wstał, wziął Komosińskiego za rękę i schował go w szafie na ubrania w przedpokoju. Następnie podszedł do drzwi i otworzył.
- Ach, to ty, Mateuszu! Wchodź! - gestem zaprosił go do środka. Morawiec wszedł, zdjął buty i od razu poszedł do salonu, jakby spodziewał się, że tam siedzi uciekinier.
- Och, widzę, że masz gości, Marcelu! - powiedział i pocałował każdą kobietę w rękę, po czym usiadł.
- Kawy, herbaty? - spytał gospodarz.
- Ach, nie, ja nic, bo ja w sumie wpadłem tylko na chwilę… Nie wiecie przypadkiem, gdzie jest Marcin? - zadał pytanie, głęboko patrząc w oczy Karolinie. Wytrzymała spojrzenie i powiedziała:
- Chyba dzisiaj miał wizytować Trizopolis. - Mateusz, gdy tylko usłyszał tę odpowiedź, wstał i rzekł chłodno:
- No cóż, widzę, że od was niczego się nie dowiem. Lepiej by było dla was, gdybyście naprawdę nie wiedzieli, gdzie on jest. Jeśli wiecie i nie chcecie mi powiedzieć, to cóż, mam nadzieję, że szybko zmądrzejecie i mi powiecie. Obecnie tylko moja sympatia do was powoduje, że nie każę przeszukać domu ani zaaresztować was. Ale uważajcie. - w tym momencie wstał i wyszedł z salonu. W pomieszczeniu zapadła cisza. Marcel odczekał dziesięć minut i wypuścił Komosińskiego z szafy. Po streszczeniu mu przebiegu wizyty Prezydenta-Gubernatora Dalmencji powiedział:
- Jakim cudem on się dowiedział, że jestem tutaj? Przecież Przemo nie wiedział… - i popatrzył się z przerażeniem po wszystkich w pokoju.
- Marcin, cudem jest to, że jeszcze cię nie złapali. - trzeźwo zauważyła Karolina. - Nie ma rady, musisz uciekać. I to jak najszybciej.
- Ale jak…
- Spróbuję się skontaktować z Yaraehem, nie wierzę, aby on naprawdę stanął po tamtej stronie.
- Z NIM? – wybuchnął Marcin – równie dobrze mogłabyś prosić ścianę, aby mi pomogła
- Pod latarnią najciemniej – skwitowała z tajemniczym uśmiechem Ivette
Karolina podeszła do białego telefonu na przyciski i wykręciła numer. Po złośliwym odczekaniu kilku sygnałów przez Yaraeha, jak to miał w zwyczaju, odebrał i znudzonym głosem wyrecytował, tak jakby nauczył się tej frazy na pamięć
- Pałac Namiestnikowski, dawniej Pałac Euskadich, przy telefonie namiestnik Yaraeh Alejandro baronet Chojnacki-Euskadi, słucham?
- Yaraeh, otóż jest pewna sprawa… - zaczęła niepewnym głosem Karolina
- Chcecie mi podrzucić Marcinka, tak? – wszedł jej w słowo Yaraeh
- Ale skąd ty… - zdziwiła się Karolina
- Nie ważne. W zasadzie powinienem teraz odłożyć słuchawkę i powiadomić Mapcia, tudzież innego, aczkolwiek… - zawiesił głos Yaraeh – robię to tylko ze względu na dawne czasy – przyślijcie go do mnie
- Do Krezu? – zapytała Karolina
- Ależ nie, Krez już nie jest stolicą – powiedział Yaraeh z nutką mściwej satysfakcji
- Ale jak – zaczęła Karolina
- Nie ważne – rzekł zniecierpliwiony głos – Po prostu go tutaj przyślij
Santa Ana, godzina 17:30
Zielony rozklekotany samolocik, z napisem Euskal Hegazkina opadł na płytę lotniska. Postać byłego namiestnika wysiadła mrużąc oczy przed gwałtownym atakiem promieni słonecznych. Szybko zszedł, nieco wylęknionym krokiem kierując się w stronę jedynego widocznego samochodu, raczej nieco starego i też pomalowanego na zielono. Podszedłszy do samochodu zobaczył że przed nim stoi śniady człowiek z nieco zniecierpliwioną miną.
- Czy jestem w… - rzekł niepewnie i przerwał, gdy potężna ręką wepchnęła go w głąb samochodu, zatrzaskując drzwi
- Bukra insz Allah – odrzekła druga postać usadowiwszy się za kierownicą – Lepiej aby nikt cię nie rozpoznał, więc przykryj się kocem – dodał naciskając gwałtownie na pedał gazu.
***
Samochód pędził autostradą, widok za oknami zmieniał się. Zarośla makii ustępowały najpierw gajom oliwnym oraz sadom cytrusowym, aby potem oddać pole budynkom miejskim. W pewnym momencie zatrzymał się przed pomnikiem jakiegoś mężczyzny na koniu. Do szyby samochodu podszedł strażnik i poprosił o dokumenty. Nowy namiestnik machnął niecierpliwie ręką, polecając strażnikowi oddalenie się.
- Dokumenty – powtórzył strażnik z naciskiem
- Czy nie widzisz kim ja jestem?! – zapytał zniecierpliwionym głosem Yaraeh
- Wiem, jego łaskawość jest namiestnikiem – rzucił niepewne spojrzenie na samochód i zaczął z nową stanowczością – ale jego łaskawość sama poleciła kontrolować wszystkie samochody wjeżdżające i wyjeżdżające z Santa Ana
- Tak? No to udzielam właśnie sobie dyspensy – rzucił zniecierpliwiony – a teraz odsuń się, albo sam ciebie odsunę.
Strażnik zmierzył spojrzeniem postać kierowcy i otworzył bramę z widocznym niezadowoleniem na twarzy. Samochód wjechał do pałacowego garażu.
- No już, hołota wysiadać – rzekł do tyłu samochodu.
Schodami zbiegła drobna postać kobiety w jasnej spódnicy i rzekła
- Masz go? Przywiozłeś go? – i nie czekając na odpowiedź pociągnęła Marcina za rękę szepcząc – Szybciej… Pokażę ci twój pokój.
Posted by Yaraeh on Aug 3, 2008 in
Uncategorized
Przypominamy, iż uzyskanie zaszczytnego miana Złego Człowieka Tygodnia jest równoznaczne z uzyskaniem Orderu Bzdury, oraz możnością pokazania swojego nazwiska wraz z listą zasług, pod zdjęciem tow. Władka.

W tym tygodniu Złym Człowiekiem Tygodnia zostaje: Mateusz bar. Karczewski (Zadenuncjował Aaron bnt von Lichtenstein-Rozman)
Oto jego zasługi:
- uporczywe trzymanie się żłobu
- łamanie świętej tradycji
- ciężka praca w kancelarii
Dodatkowo, w uznaniu zasług, redakacja postanawia przyznać mu także tytuł “Last minute”
Posted by Yaraeh on Aug 1, 2008 in
Uncategorized
Redakcja Kuriera Santa Ana ma przyjemność ogłosić konkurs na:
ZŁEGO CZŁOWIEKA TYGODNIA
Wszelkie kandydatury, zawierające imię, nazwisko, ID oraz listę złych uczynków można publikować w komentarzach do soboty wieczora.
Głosowanie odbędzie się w niedzielę.
Zapraszam do wzięcia udziału - dla zgłaszających kandydatury przewidujemy nagrody.
Posted by Yaraeh on Aug 1, 2008 in
Uncategorized
Istnieje taka prowincja w Księstwie, prowincja, która za wszelką cenę chce zostać Krajem Koronnym, czego mu się permanentnie odmawia. Jednakże i tak ambitne elity rządzące za wszelką cenę chcą zwiększyć znaczenie swojego kraju. Jednak trzeba im oddać, że robią to niezwykle skutecznie, biorąc pod uwagę fakt, że duża część mieszkańców tej prowincji objęła wiele eksponowanych stanowisk w Księstwie Sarmacji. Sam lokalny nacjonalizm nie jest zły, tak długo jak długo zostaje zachowany zdrowy umiar. Umiarkowany nacjonalizm przyczynia się do rozwoju, zarówno Kraju, jak i całego Księstwa.
Co jednak, gdy nacjonalizm staje się nadgorliwy? Mawiają że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu. Co może wówczas się stać, kiedy forma zacznie przerastać treść? A można zawsze ściągnąć nowych mieszkańców, przez przejęcie terytorium ze trzy razy większego, z jednym, jedynym miastem.
Może to także się skończyć na wykorzystaniu swojej pozycji w aparacie władzy, dla promowania swojego kraju, np. nadając tytuły arystokratyczne i szlacheckie, poza okresem konfiturowym. Nie jest to tylko rażące złamanie ogólnie przyjętej obyczajowości, ale także pokazanie - my jesteśmy lepsi, a wy gorsi. Swoisty prztyczek w nos. Jednakże z taką gracją i subtelnością, której nie powstydziłby się sam Tyson. Nie spodziewam się, aby każda prowincja była niczym soir de Paris. Ale niech to nie będzie pissoir de Varsovie.