Nr 44
Arona, grudzień 2009
PWW "PRASA"
© RK v 3.0
kontakt: bebert@op.pl

Wkładki:
archiwum
redakcja

  strona   1   2   3   4   5   6   7   8   9   10  

Pocztówka z Szeolu
O wszystkich końcach tego świata z Alchienem d'Archien, osobą najzupełniej prywatną,
rozmawia Jacques de Brolle.

Jacques de Brolle: Odszedł Pan bez pożegnania. Chłopi rozkradną Panu inwentarz.

Alchien d'Archien: Jeśli weźmie Pan Redaktor pod uwagę mój program polityczny sprzed kilku tygodni, to będzie wiedział, że akurat chłopów i robotników bać mi się nie wypada. Poza tym - nie rozkradną, tylko skolektywizują. Jeśli znajdą coś do skolektywizowania, bo systemu gospodarczego nadal nie ma - i nie będzie, jeśli nie przestaniemy liczyć na rodzimych cudotwórców i urucho- mienie Benebruza.



JdB: Ustalmy fakty. W czerwcu zgłosił Pan akces do Stronnictwa Federalnego i w ciągu kilkunastu dni napisał program zawierający projekt kompleksowej reformy dreamlandzkiego systemu politycznego. Na płaszczyźnie ideowej zaanonsował Pan ostry skręt w lewo, dając temu wyraz przede wszystkim agresywną, wyrazistą, czarno-białą retoryką. W ciągu dwóch kolejnych miesięcy doprowadził Pan do ostrej polaryzacji tradycyjnie anemicznej sceny politycznej Królestwa, ogłosił kilkanaście efektownych wystąpień, wyciął w pień większą część adwersarzy i przyczynił się do największego od roku wzrostu aktywności obywatelskiej w tej części świata. Przy okazji na nowo wykuł Pan definicję osobistego zaangażowania, windując tę kategorię na obce u nas wyżyny etyki praktycznej. I gdy wreszcie, po ciągnących się w nieskończoność próbach wyłonienia nowego składu Izby Poselskiej, Stronnictwo Federalne odtrąbiło sukces i sięgnęło po władzę, nie było chyba w Dreamlandzie osoby, która nie spodziewałaby się wydarzeń na skalę w rzeczy samej kosmiczną. Marks, Badiou, Agamben, krytyka konsensualnych podstaw liberalnego modelu polityki i nowa propozycja rozumienia terminu "kompromis" - to wszystko razem składało się na intelektualne bachanalia, których zapowiedzią przez cały kwartał karmił nas arcyksiążę d'Archien. Obrazki z Pańską podobizną w dalszym ciągu wiszą w chałupach samotnych luindorskich kobiet. Podobno były przypadki cudownych uzdrowień. Podliczmy rachunek. Trzy miesiące życia spędzone przed monitorem, nie mówiąc już o kilku latach żmudnego ciułania punktów społecznego zaufania. Trzy miesiące na najwyższych obrotach, z testosteronem zamiast tostów. Trzy miesiące wykładów o nadziei, dla młodych i starych. Dyscyplina, samotność, narastające zniechęcenie i tylko jeden cel. Wytrzymał Pan kilkanaście dni. Zgaduję, że boli jak cholera. Musi boleć. Nie wierzę, że nie dało się inaczej.

AdA: Widział Pan Redaktor kiedyś dwu-, trójosobowe bachanalia? Powiem szczerze, że przywołuje to skojarzenia tyleż niedrukowalne, co groteskowe, więc nie będę zagłębiał się w szczegóły. Dreamlandem rządzi - niestety - nadal Prawo, wespół z Tradycją i Suwerenem wcielonym w wątłe i słabowite po nieprzespanych nocach sylwetki kolejnych Monarchów (wśród moich zarzutów wobec Korony nie ma akurat lenistwa - przynajmniej potocznie pojmowanego). Jesteśmy przyzwycza- jeni do operowania w sferze polityki terminami i kategoriami, nad którymi nie trzeba się zastanawiać - solidne podstawy, kompromis, promocja, zdrowy rozsądek, etc. Nie ma absolutnie żadnego społecznego dążenia do ogólniejszej refleksji. I nie byłoby w tym w gruncie rzeczy nic szczególnie nagannego, gdybyśmy mogli czuć się bezpiecznie - a nie możemy. KD przechodzi teraz kryzys, który naprawdę może doprowadzić do unicestwienia naszego wspólnego mikronacyjnego projektu. Ostatnich tygodni faktycznie mi żal - chociaż przy przenoszeniu na grunt wirtualny pewnych postaw teoretycznych bawiłem się przednio. Tym niemniej wierzyłem, że uda mi się wciągnąć na teren polityczno-teore- tycznego fermentu całe społeczeństwo (a przynajmniej znaczną jego część),

tymczasem próba podważenia pewnych schematów myślowych (bo proszę zauważyć, że nie zdążyłem przedstawić ani jednej ustawy) spotkała się z krytyką nie tylko ostrą, ale i absurdalną: przykład Martina Buurena, który nie potrafi wskazać przedmiotu krytyki. Nie winię samego Martina, on akurat odważył się dać na liście dyskusyjnej wyraz ogólnej tendencji społecznej. Równie absurdalne zachowanie Monarchy, który stwierdził, że mój rząd/partia nie mają znacznego społecznego poparcia (opierając się na stanowisku dwóch Dreamlandczyków) i postulował utworzenie KKK... Powiem szczerze - tego na moje siły było za wiele. Dreamland zaczął mnie auten- tycznie męczyć - nie tylko wirtualnie, ale i "realowo". Czasem trzeba posłuchać własnego organizmu i samozachowaczej intuicji. Dlatego ostatecznym powodem mojego odejścia była, o zgrozo, postawa egoistyczna, która kazała mi zadbać o siebie. Tym niemniej - boli, że dałem się postawić w roli, której nigdy przyjąć nie chciałem. W KD osobno wybiera się polityków, a osobno - poglądy, które mają reprezentować. Chcemy gładko i bez problemów zmieniać rządzących, nie zmieniając dyskursu; jak rasowi neoliberałowie. Obecność Premiera służy tylko zaznaczeniu miejsca władzy (a w zasadzie pseudowładzy w obliczu istniejącego urzędu Monarchy), stwo- rzeniu przestrzeni pozadyskursywnej, która konstytuuje sam dyskurs, wciągając weń z powrotem osobę Premiera. Teoretycznie szef Rządu działać może - w praktyce tylko zajmowane przezeń miejsce jest miejscem działania, samo jego działanie natomiast, wkraczając w tkankę żywego społeczeństwa, zostaje wchłonięte przez opresywny i niezmienny dyskurs. W ten sposób zabezpieczamy się przed despotami, ale też pozbywamy się reformatorów, rewolucjonistów i trybunów ludowych. Dyktat Prawa, czy też (wracając do kategorii Agambena) "prawa przekreślonego", zabija Króles- two i dusi aktywnych polityków. Dlatego mój cichy odwrót (a w zasadzie ucieczka - nie kryję tego), chociaż przykry dla mnie osobiście, nadal wydaje mi się jedynym sensownym rozwiązaniem, długoterminowo - korzystnym. Dla mnie, nie dla Dreamlandu. Królestwo musi zacząć pracować nad sobą, a nie tylko w sobie (czyli wsobnie). Wszystkich lat pracy w KD oczywiście nie żałuję - bawiłem się tu świetnie, poznałem wielu ciekawych ludzi, dużo się nauczyłem, etc. Ale to oczywistości.

JdB: "Jest źle, a będzie jeszcze gorzej". To nie cytat ze św. Augustyna. W ten sposób witał się Pan z rodakami w wygłoszonym 16 października exposé. Jako cierpliwy psychopatolog dream- landzkiego życia publicznego, słusznie spodziewał się Pan samych potworności. Dwa tygodnie później o Pańskiej rezygnacji przeczytałem w surmalajskim magazynie "Tuulemaa". Poza tym - cisza. Król, obywatel doświadczony i do koszmarów na jawie nawykły, enig- matycznie napomknął o "zawiedzionych nadziejach" i, niczym dobry pragmatyk, skoncentrował się na kwestiach natury technicznej, wymazując z odpowiednich ustaw kilka artykułów i rozpisując kolejny konkurs na nowego mesjasza. Tymczasowo "mesjaszem listopada" został Paweł Erwin de Archien-Liberi. Ministrem ds. wszystkiego - nieznisz- czalny baron Taheto, który spokojnie może kontynuować pracę nad systemem gospodarczym Benebruz. Jako dobry heglista wierzy Pan w postęp?

AdA: A co, gdybym był marksistą spod sztandaru Althussera? Ale jednak trafił Pan z Heglem. Wierzę w postęp - dialektyczny. Nie mam pojęcia, co oznacza on dla KD. A może utknęliśmy w błędnej dialektyce Blanchota? Po swoim odejściu milczałem, bo jakakolwiek publiczna dyskusja na temat jego przyczyn, w obliczu rozmów sprzed kilku tygodni, byłaby pozbawiona sensu. Król nie miał nadziei związanych z moją kadencją, dlatego nie mogłem ich zawieść. Powołanie Taheto uważam za kompromitację polityczną zarówno Króla, jak i Premiera, ale nie mogę powiedzieć, żeby mnie szczególnie dziwiła. Benebruz nie powstanie. A nawet jeśli - przy tej liczbie aktywnych obywateli gospodarka i tak nie ruszy. Nie wiem, dlaczego nasi pseudopragmatyści, z Monarchą na czele, w sferze SG przegapili najbardziej "pragmatyczne" problemy i możliwości. Podtrzymuję swoją diagnozę - będzie jeszcze gorzej. Zastąpienie Marianny Promocją naprawdę nie pomoże. Tutaj pozwolę sobie na krótką dygresję: nawet, jeśli w wyniku skoordynowanej akcji promocyjnej do KD przybywać będzie jeden aktywny i zaangażowany obywatel tygodniowo (pomijam już fakt, że młodzi nie czują się z KD związani tak, jak dinozaury, o czym dinozaury nie pamiętają), to zanim uzbiera się ich czterech, dwóch zdąży się już znudzić

i odejść. Bez zmiany dyskursu i systemu politycznego nie ruszymy - bo coś, co Edward Krieg odkrył po 5 latach pobytu w KD (jeśli dobrze pamiętam jego słowa sprzed bodajże roku, że odnajduje się tu głównie "makiety i papierowe deko- racje"), nowi obywatele stwierdzają po dwóch tygodniach, w trakcie których dostali już propozycję bycia burmistrzem, redaktorem gazety, posłem, ministrem i Wanda wie, kim jeszcze. Może to kontrowersyjne, ale uważam, że młodzi obywatele nie chcą zwykle wcale budować czegoś od podstaw i samodzielnie, wolą włączyć się (owszem, twórczo i aktywnie) w ruch, który żyje, funkcjonuje.

JdB: Nie dalej jak rok temu Alchien d'Archien - jako przedstawiciel estab- lishmentu i głowa wpływowej familii - został przez Marcusa Estreichera wrzucony do jednego worka z zapyziałymi legalistami i zaplutymi karłami reakcji ("Kurier Morlandzki", nr 3/2008). Dzisiaj odchodzi Pan jako niespełniony demokrata, kosmopolita i zdeklarowany krytyk postawy Monarchy. W tym kontekście bodaj najciekawszy przy- czynek do własnej biografii intelektualnej napisał Pan w sierpniu, gdy w trakcie jednej z naszych utarczek na liście dyskusyjnej, powołując się na wspo- mnianego już Giorgio Agambena, określił Pan Koronę mianem "przedmiotu, który wyszedł z użycia". Diada lewica-prawica nigdy nie miała w Dreamlandzie znaczenia. Wydaje się zatem, że ideowy spór z Pałacem - bardzo chciałbym wierzyć, że jest to spór ideowy - ponownie staje się wygodną, jedyną i wobec tego zbawienną dla naszego życia publicznego linią politycznego podziału.

AdA: Z Estreicherem nadal się nie zgadzam - jego okrzyk "róbmy rewo- lucję", bez jakiejkolwiek głębszej, teoretycznej refleksji na temat dyskursu, który należy obalić, brzmiał i nadal brzmi groteskowo. Ale gdyby tę rewolucję chciał robić teraz, prawdopodobnie bym się przyłączył. Nie jestem krytykiem wyłącznie "postawy Monarchy". Uważam się za krytyka Monarchy i Monarchii. Jeśli chciałbym nazwać się "rewolucjonistą", to w tym sensie, o jakim mówił ostatnio Żiżek, parafrazując z kolei Adorno - uznaję, że nasz ustrój, ucieleśniony w Prawie i Monarchii, ma swoje struk- turalne ograniczenia, co czyni go w pewnym momencie niereformowalnym. Nie otrzymamy Monarchii bez wad, które są od Monarchii nierozłączne (mówimy tu ciągle o świecie wirtualnym), a które już niejednokrotnie były wymieniane na LDKD. W tamtym mailu zapomniałem jednak o jednej istotnej kwestii - u Benjamina stan "końca prawa" i czynność "zabawy [prawem]" konsty- tuują się wzajemnie. Korona nie wyjdzie z użycia, jeśli nie przejdziemy do etapu "uczonej zabawy" czy "studiowania", póki nie sprofanujemy jej (w sensie Agambenowskim) i nie nadamy nowych znaczeń. Koniec Monarchii (który wtedy nazwałem, czego żałuję, "dzięki Wandzie" bardzo odległym) nie przyjdzie sam mocą dialektycznego pędu. Twierdzenia tamtego maila w myślach teraz radykalizuję. Na przykład - to, że Rząd stał się "pierwszym ośrodkiem władzy", nie znaczy wcale, że ma władzę. Władzę, pojmowaną jako zdolność rewolu- cyjnego/reformatorskiego działania Koro- na odsunęła (poprzez "samospalenie" i Consensus facit legem - swoją drogą, teraz dopiero widzę, że to dokładnie ten konsensus, który krytykowałem tuż przed własną rezygnacją) w sferę sacrum, gdzie jest ona de facto nikomu niedostępna, aczkolwiek miejsce Rządu wskazuje na miejsce władzy. Nie sięgniemy (by je zmienić) po Władzę, Prawo, Tradycję ani Koronę, jeśli ich nie sprofanujemy. W tym znaczeniu - krytyka Korony jest istotna dla całego Królestwa, powinna być możliwie energiczna, zaangażowana, miażdżąca i bezlitosna. Mówię to, chociaż Edward Krieg jest dobrym Królem, sumiennym i odpowiedzialnym, który utknął w pułap- ce tych kategorii. Nie chciałbym być na jego miejscu - dlatego, że jedynym sensownym rozwiązaniem wydałaby mi się bierność. Bierność monarchy, który stoi w oknie i oczekuje na biegnących ulicami Paryża rewolucjonistów. Z tego też względu - spór z Pałacem nie powinien stać się linią "politycznego podziału", jeśli podział ten rozumiemy jako trwały; Korona bowiem usiłuje się odpolitycznić, jej zwolennicy unikają rzeczywistej aktywności politycznej. Powinien wyznaczać miejsce, obiekt i narzędzia krytyki. Jednakże nie mamy innych politycznych napięć, więc to jedno okazuje się, faktycznie, zba- wienne. Oby nie stało się też wygodne. Dla mnie, wieloletniego radykalnego monarchisty, sprzeciw wobec instytucji Monarchii na pewno wygodny nie był.

cd. na str. 3