|
|||||
Pocztówka z Szeolu
O wszystkich końcach tego świata z Alchienem d'Archien, osobą najzupełniej prywatną,
rozmawia Jacques de Brolle.
Jacques de Brolle: Odszedł Pan bez pożegnania. Chłopi rozkradną Panu inwentarz.
Alchien d'Archien: Jeśli weźmie Pan Redaktor pod uwagę mój program polityczny sprzed
kilku tygodni, to będzie wiedział, że akurat chłopów i robotników bać mi się nie wypada.
Poza tym - nie rozkradną, tylko skolektywizują. Jeśli znajdą coś do skolektywizowania,
bo systemu gospodarczego nadal nie ma - i nie będzie, jeśli nie przestaniemy liczyć na
rodzimych cudotwórców i urucho- mienie Benebruza.

JdB: Ustalmy fakty. W czerwcu zgłosił Pan akces do Stronnictwa Federalnego i w ciągu
kilkunastu dni napisał program zawierający projekt kompleksowej reformy dreamlandzkiego
systemu politycznego. Na płaszczyźnie ideowej zaanonsował Pan ostry skręt w lewo, dając
temu wyraz przede wszystkim agresywną, wyrazistą, czarno-białą retoryką. W ciągu dwóch
kolejnych miesięcy doprowadził Pan do ostrej polaryzacji tradycyjnie anemicznej sceny
politycznej Królestwa, ogłosił kilkanaście efektownych wystąpień, wyciął w pień większą
część adwersarzy i przyczynił się do największego od roku wzrostu aktywności
obywatelskiej w tej części świata. Przy okazji na nowo wykuł Pan definicję osobistego
zaangażowania, windując tę kategorię na obce u nas wyżyny etyki praktycznej. I gdy
wreszcie, po ciągnących się w nieskończoność próbach wyłonienia nowego składu Izby
Poselskiej, Stronnictwo Federalne odtrąbiło sukces i sięgnęło po władzę, nie było chyba
w Dreamlandzie osoby, która nie spodziewałaby się wydarzeń na skalę w rzeczy samej
kosmiczną. Marks, Badiou, Agamben, krytyka konsensualnych podstaw liberalnego modelu
polityki i nowa propozycja rozumienia terminu "kompromis" - to wszystko razem składało
się na intelektualne bachanalia, których zapowiedzią przez cały kwartał karmił nas
arcyksiążę d'Archien. Obrazki z Pańską podobizną w dalszym ciągu wiszą w chałupach
samotnych luindorskich kobiet. Podobno były przypadki cudownych uzdrowień. Podliczmy
rachunek. Trzy miesiące życia spędzone przed monitorem, nie mówiąc już o kilku latach
żmudnego ciułania punktów społecznego zaufania. Trzy miesiące na najwyższych obrotach, z
testosteronem zamiast tostów. Trzy miesiące wykładów o nadziei, dla młodych i starych.
Dyscyplina, samotność, narastające zniechęcenie i tylko jeden cel. Wytrzymał Pan
kilkanaście dni. Zgaduję, że boli jak cholera. Musi boleć. Nie wierzę, że nie dało się
inaczej.
AdA: Widział Pan Redaktor kiedyś dwu-, trójosobowe bachanalia? Powiem szczerze, że
przywołuje to skojarzenia tyleż niedrukowalne, co groteskowe, więc nie będę zagłębiał
się w szczegóły. Dreamlandem rządzi - niestety - nadal Prawo, wespół z Tradycją i Suwerenem
wcielonym w wątłe i słabowite po nieprzespanych nocach sylwetki kolejnych Monarchów
(wśród moich zarzutów wobec Korony nie ma akurat lenistwa - przynajmniej potocznie
pojmowanego). Jesteśmy przyzwycza- jeni do operowania w sferze polityki terminami i
kategoriami, nad którymi nie trzeba się zastanawiać - solidne podstawy, kompromis,
promocja, zdrowy rozsądek, etc. Nie ma absolutnie żadnego społecznego dążenia do
ogólniejszej refleksji. I nie byłoby w tym w gruncie rzeczy nic szczególnie nagannego,
gdybyśmy mogli czuć się bezpiecznie - a nie możemy. KD przechodzi teraz kryzys, który
naprawdę może doprowadzić do unicestwienia naszego wspólnego mikronacyjnego
projektu. Ostatnich tygodni faktycznie mi żal - chociaż przy przenoszeniu na grunt
wirtualny pewnych postaw teoretycznych bawiłem się przednio. Tym niemniej wierzyłem, że
uda mi się wciągnąć na teren polityczno-teore- tycznego fermentu całe społeczeństwo (a
przynajmniej znaczną jego część),
tymczasem próba podważenia pewnych schematów myślowych
(bo proszę zauważyć, że nie zdążyłem przedstawić ani jednej ustawy) spotkała się z
krytyką nie tylko ostrą, ale i absurdalną: przykład Martina Buurena, który nie potrafi
wskazać przedmiotu krytyki. Nie winię samego Martina, on akurat odważył się dać na
liście dyskusyjnej wyraz ogólnej tendencji społecznej. Równie absurdalne zachowanie
Monarchy, który stwierdził, że mój rząd/partia nie mają znacznego społecznego
poparcia (opierając się na stanowisku dwóch Dreamlandczyków) i postulował utworzenie
KKK... Powiem szczerze - tego na moje siły było za wiele. Dreamland zaczął mnie
auten- tycznie męczyć - nie tylko wirtualnie, ale i "realowo". Czasem trzeba posłuchać
własnego organizmu i samozachowaczej intuicji. Dlatego ostatecznym powodem mojego
odejścia była, o zgrozo, postawa egoistyczna, która kazała mi zadbać o siebie. Tym
niemniej - boli, że dałem się postawić w roli, której nigdy przyjąć nie chciałem. W KD
osobno wybiera się polityków, a osobno - poglądy, które mają reprezentować. Chcemy
gładko i bez problemów zmieniać rządzących, nie zmieniając dyskursu; jak rasowi
neoliberałowie. Obecność Premiera służy tylko zaznaczeniu miejsca władzy (a w zasadzie
pseudowładzy w obliczu istniejącego urzędu Monarchy), stwo- rzeniu przestrzeni
pozadyskursywnej, która konstytuuje sam dyskurs, wciągając weń z powrotem osobę
Premiera. Teoretycznie szef Rządu działać może - w praktyce tylko zajmowane przezeń
miejsce jest miejscem działania, samo jego działanie natomiast, wkraczając w tkankę
żywego społeczeństwa, zostaje wchłonięte przez opresywny i niezmienny dyskurs. W ten
sposób zabezpieczamy się przed despotami, ale też pozbywamy się reformatorów,
rewolucjonistów i trybunów ludowych. Dyktat Prawa, czy też (wracając do kategorii
Agambena) "prawa przekreślonego", zabija Króles- two i dusi aktywnych polityków. Dlatego
mój cichy odwrót (a w zasadzie ucieczka - nie kryję tego), chociaż przykry dla mnie
osobiście, nadal wydaje mi się jedynym sensownym rozwiązaniem, długoterminowo -
korzystnym. Dla mnie, nie dla Dreamlandu. Królestwo musi zacząć pracować nad sobą, a nie
tylko w sobie (czyli wsobnie). Wszystkich lat pracy w KD oczywiście nie żałuję - bawiłem
się tu świetnie, poznałem wielu ciekawych ludzi, dużo się nauczyłem, etc. Ale to
oczywistości.
JdB: "Jest źle, a będzie jeszcze gorzej". To nie cytat ze św. Augustyna. W ten sposób
witał się Pan z rodakami w wygłoszonym 16 października exposé. Jako cierpliwy
psychopatolog dream- landzkiego życia publicznego, słusznie spodziewał się Pan samych
potworności. Dwa tygodnie później o Pańskiej rezygnacji przeczytałem w surmalajskim
magazynie "Tuulemaa". Poza tym - cisza. Król, obywatel doświadczony i do koszmarów na
jawie nawykły, enig- matycznie napomknął o "zawiedzionych nadziejach" i, niczym dobry
pragmatyk, skoncentrował się na kwestiach natury technicznej, wymazując z odpowiednich
ustaw kilka artykułów i rozpisując kolejny konkurs na nowego mesjasza. Tymczasowo
"mesjaszem listopada" został Paweł Erwin de Archien-Liberi. Ministrem ds. wszystkiego -
nieznisz- czalny baron Taheto, który spokojnie może kontynuować pracę nad systemem
gospodarczym Benebruz. Jako dobry heglista wierzy Pan w postęp?
AdA: A co, gdybym był marksistą spod sztandaru Althussera? Ale jednak trafił Pan z
Heglem. Wierzę w postęp - dialektyczny. Nie mam pojęcia, co oznacza on dla KD. A może
utknęliśmy w błędnej dialektyce Blanchota? Po swoim odejściu milczałem, bo jakakolwiek
publiczna dyskusja na temat jego przyczyn, w obliczu rozmów sprzed kilku tygodni, byłaby
pozbawiona sensu. Król nie miał nadziei związanych z moją kadencją, dlatego nie mogłem
ich zawieść. Powołanie Taheto uważam za kompromitację polityczną zarówno Króla, jak i
Premiera, ale nie mogę powiedzieć, żeby mnie szczególnie dziwiła. Benebruz nie
powstanie. A nawet jeśli - przy tej liczbie aktywnych obywateli gospodarka i tak nie
ruszy. Nie wiem, dlaczego nasi pseudopragmatyści, z Monarchą na czele, w sferze SG
przegapili najbardziej "pragmatyczne" problemy i możliwości. Podtrzymuję swoją diagnozę
- będzie jeszcze gorzej. Zastąpienie Marianny Promocją naprawdę nie pomoże. Tutaj
pozwolę sobie na krótką dygresję: nawet, jeśli w wyniku skoordynowanej akcji promocyjnej
do KD przybywać będzie jeden aktywny i zaangażowany obywatel tygodniowo (pomijam już
fakt, że młodzi nie czują się z KD związani tak, jak dinozaury, o czym dinozaury nie
pamiętają), to zanim uzbiera się ich czterech, dwóch zdąży się już znudzić
i odejść. Bez
zmiany dyskursu i systemu politycznego nie ruszymy - bo coś, co Edward Krieg odkrył po 5
latach pobytu w KD (jeśli dobrze pamiętam jego słowa sprzed bodajże roku, że odnajduje
się tu głównie "makiety i papierowe deko- racje"), nowi obywatele stwierdzają po dwóch
tygodniach, w trakcie których dostali już propozycję bycia burmistrzem, redaktorem
gazety, posłem, ministrem i Wanda wie, kim jeszcze. Może to kontrowersyjne, ale uważam,
że młodzi obywatele nie chcą zwykle wcale budować czegoś od podstaw i samodzielnie, wolą
włączyć się (owszem, twórczo i aktywnie) w ruch, który żyje, funkcjonuje.
JdB: Nie dalej jak rok temu Alchien d'Archien - jako przedstawiciel estab- lishmentu i
głowa wpływowej familii - został przez Marcusa Estreichera wrzucony do jednego worka z
zapyziałymi legalistami i zaplutymi karłami reakcji ("Kurier Morlandzki", nr 3/2008).
Dzisiaj odchodzi Pan jako niespełniony demokrata, kosmopolita i zdeklarowany krytyk
postawy Monarchy. W tym kontekście bodaj najciekawszy przy- czynek do własnej biografii
intelektualnej napisał Pan w sierpniu, gdy w trakcie jednej z naszych utarczek na liście
dyskusyjnej, powołując się na wspo- mnianego już Giorgio Agambena, określił Pan Koronę
mianem "przedmiotu, który wyszedł z użycia". Diada lewica-prawica nigdy nie miała w
Dreamlandzie znaczenia. Wydaje się zatem, że ideowy spór z Pałacem - bardzo chciałbym
wierzyć, że jest to spór ideowy - ponownie staje się wygodną, jedyną i wobec tego
zbawienną dla naszego życia publicznego linią politycznego podziału.
AdA: Z Estreicherem nadal się nie zgadzam - jego okrzyk "róbmy rewo- lucję", bez
jakiejkolwiek głębszej, teoretycznej refleksji na temat dyskursu, który należy obalić,
brzmiał i nadal brzmi groteskowo. Ale gdyby tę rewolucję chciał robić teraz,
prawdopodobnie bym się przyłączył. Nie jestem krytykiem wyłącznie "postawy Monarchy".
Uważam się za krytyka Monarchy i Monarchii. Jeśli chciałbym nazwać się "rewolucjonistą",
to w tym sensie, o jakim mówił ostatnio Żiżek, parafrazując z kolei Adorno - uznaję, że
nasz ustrój, ucieleśniony w Prawie i Monarchii, ma swoje struk- turalne ograniczenia, co
czyni go w pewnym momencie niereformowalnym. Nie otrzymamy Monarchii bez wad, które są
od Monarchii nierozłączne (mówimy tu ciągle o świecie wirtualnym), a które już
niejednokrotnie były wymieniane na LDKD. W tamtym mailu zapomniałem jednak o jednej
istotnej kwestii - u Benjamina stan "końca prawa" i czynność "zabawy [prawem]"
konsty- tuują się wzajemnie. Korona nie wyjdzie z użycia, jeśli nie przejdziemy do etapu
"uczonej zabawy" czy "studiowania", póki nie sprofanujemy jej (w sensie Agambenowskim) i
nie nadamy nowych znaczeń. Koniec Monarchii (który wtedy nazwałem, czego żałuję, "dzięki
Wandzie" bardzo odległym) nie przyjdzie sam mocą dialektycznego pędu. Twierdzenia
tamtego maila w myślach teraz radykalizuję. Na przykład - to, że Rząd stał się
"pierwszym ośrodkiem władzy", nie znaczy wcale, że ma władzę. Władzę, pojmowaną jako
zdolność rewolu- cyjnego/reformatorskiego działania Koro- na odsunęła (poprzez
"samospalenie" i Consensus facit legem - swoją drogą, teraz dopiero widzę, że to
dokładnie ten konsensus, który krytykowałem tuż przed własną rezygnacją) w sferę
sacrum, gdzie jest ona de facto nikomu niedostępna, aczkolwiek miejsce Rządu wskazuje na
miejsce władzy. Nie sięgniemy (by je zmienić) po Władzę, Prawo, Tradycję ani Koronę,
jeśli ich nie sprofanujemy. W tym znaczeniu - krytyka Korony jest istotna dla całego
Królestwa, powinna być możliwie energiczna, zaangażowana, miażdżąca i bezlitosna. Mówię
to, chociaż Edward Krieg jest dobrym Królem, sumiennym i odpowiedzialnym, który utknął w
pułap- ce tych kategorii. Nie chciałbym być na jego miejscu - dlatego, że jedynym
sensownym rozwiązaniem wydałaby mi się bierność. Bierność monarchy, który stoi w oknie i
oczekuje na biegnących ulicami Paryża rewolucjonistów. Z tego też względu - spór z
Pałacem nie powinien stać się linią "politycznego podziału", jeśli podział ten rozumiemy
jako trwały; Korona bowiem usiłuje się odpolitycznić, jej zwolennicy unikają
rzeczywistej aktywności politycznej. Powinien wyznaczać miejsce, obiekt i narzędzia
krytyki. Jednakże nie mamy innych politycznych napięć, więc to jedno okazuje się,
faktycznie, zba- wienne. Oby nie stało się też wygodne. Dla mnie, wieloletniego
radykalnego monarchisty, sprzeciw wobec instytucji Monarchii na pewno wygodny nie był.