|
|||||
Dialektyka rozczarowania
medytacje republikańskie
I kiedy dla wszystkich stanie się jasne i oczywiste to wszystko [...] wejdziemy do Izby Poselskiej, wymordujemy obijających się tam nie- robów i podłożymy pod cały ten burdel stukilową bombę. W świetle kuli ognia, jaśniejszej od tysiąca słońc, nadejdzie nowa era - dynamicznie rozwijającego się Królestwa tworzonego przez aktywne i zaangażowane społeczeństwo, świadome swoich praw i obowiązków.
Marcus Estreicher, lista dyskusyjna - 2008
Ja przynajmniej zachowuję się konsekwentnie. Nie jestem demokratą. Tak, popieram maksymalne wzmocnienie władzy królewskiej. [...] Nie łudź się. Nie obalisz monarchii w Dreamlandzie.
Alchien d'Archien, tamże - 2008

W połowie ubiegłego roku Marcus Est- reicher, który już wcześniej zrzekł się ty- tułu diuka i zasilił szeregi agentów ciem- ności, ogłosił publicznie program Dream- landzkiej Partii Demokratycznej. Niczego nie obiecywał, ale to i owo zapowiadał. Stukilowa bomba, krew w Izbie, jęki za- rzynanych Merowingów. Ferment, oby- watelska ruchawka, gniew jakobinów.
Przy okazji odświeżył ideę demokracji bezpośredniej: przytomnie zauważył, że w ramach tak skromnej liczebnie spo- łeczności - wówczas jeszcze pięćdziesię- cioosobowej - wybór politycznych repre- zentantów jest niepotrzebnym luksu- sem. W efektownej filipice postulował likwidację Izby Poselskiej. "Poza tym, oczywiście, domagamy się szklanki mleka dla każdego ucznia" - podsumował.
Z ideowych antypodów odkrzykiwał mu wówczas nieco kostyczny Alchien d'Ar- chien, wówczas zdeklarowany monarchi- sta i apologeta systemu: "Marcusie, jes- teś obłąkany!". Podejrzewam, że w tam- tym kontekście zabrzmiało to jak komp- lement. W trakcie gorącej dyskusji d'Ar- chien zgrabnie spuentował swój wywód, wskazując na demoniczny cel lidera krwiożerczych demokratów: "pozbawie- nie dreamlandzkiego Orła jego Korony". Jeśli poza byłym premierem miało wów- czas Królestwo innych rojalistów, "obłą- kany" Marcus Estreicher został w ich ocz- ach skutecznie odczłowieczony. Trium- fujący Alchien d'Archien deklarował: "Ja przynajmniej zachowuję się konsekwen- tnie. Nie jestem demokratą".
W ciągu kolejnego roku zmieniło się nie- mal wszystko. Z pięćdziesięciu aktyw- nych obywateli, o których wspominał szef DPD, przy życiu pozostała obecnie najwyżej połowa. Marcus Estreicher opu- ścił Dreamland. Organy władzy publicznej rozpadły się jak stare buty. Konieczny okazał się powrót do rządów przy po- mocy dekretów. Największym konsu- mentem prądu w państwie pozostał bu- dynek Sądu Królestwa, świątynia samo- kontemplującej się myśli, która wciąż cierpliwie przeżuwa jakieś stare sprawy.
Alchien d'Archien przeszedł w tym czasie radykalną metamorfozę. Czy był to efekt nowych, a frapujących lektur, rezultat odbytych rozmów czy - po prostu - je- dyna sensowna reakcja legalisty, który w trakcie rozpaczliwej medytacji nad kap- sułą hibernacyjną swego króla decyduje się na akt obywatelskiej przekory?
Przygotowany przez d'Archiena program odkurzonego na tę okoliczność Stronni- ctwa Federalnego odpowiadać miał wy- mogom stanu wyjątkowego. Jeszcze w lipcu Federaliści pod komendą arcyksięcia zapowiadali decentralizację państwa i gruntowną reorganizację systemu fede- ralnych organów władzy publicznej. Jej wyrazem była m.in. propozycja połą- czenia obu izb parlamentarnych oraz - skądinąd interesująca - idea bezpośre- dniego wyboru premiera. A zatem czer- wony papamobil arcyksięcia d'Archien, Ojca Świeckiego Kościoła Wandejskiego, trafił na koleiny pozostawione przez tan- kietkę Estreichera.
"Z Estreicherem nadal się nie zgadzam - usłyszałem w trakcie naszej ubiegłoty- godniowej rozmowy - jego okrzyk »rób- my rewolucję«, bez jakiejkolwiek głęb- szej, teoretycznej refleksji na temat dys- kursu, który należy obalić, brzmiał i nadal brzmi groteskowo. Ale gdyby tę rewo- lucję chciał robić teraz, prawdopodobnie bym się przyłączył".
Kaprys historii. Nazwijmy to dialektyką.
Podobną metamorfozę przeszedł przed laty Bartłomiej Jasiński. Ten najbardziej znany - bo jedyny? - socjaldemokrata dreamlandzkiej sceny politycznej i póź- niejszy prezydent ludowo-demokratycz- nego Mandragoratu Wandystanu, zaczy- nał jako współtwórca i główny działacz zachowawczej, ultramonarchistycznej i na poły masońskiej organizacji o kwie- cistej nazwie Liga Obrony Domeny Kró- lewskiej. Rzeczoną formację określano mianem "ultratombondowskiej" i już sa- mo tylko wymówienie tego słowa wys- tarczyło, by trwale oślepić dorosłego ko- nia.
Był wreszcie Łukasz Pietraczuk, założyciel osławionego Ruchu na Rzecz Demokra- tycznego Dreamlandu, który w pewnym momencie zdecydował się podać Jasiń- skiemu rękę (2003). Zrazu politycznie nieruchawy, poeta Pietraczuk ostatecz- nie stanął na czele zwartych hufców najzagorzalszych przeciwników Korony. Wespół z bratem Januszem założył opo- zycyjną rozgłośnię radiową, na falach której nasi demokraci dzielili się z roda- kami pikantnymi przemyśleniami o natu- rze wszechrzeczy. Odsyłam do zakurzo- nych kronik.
W trakcie opublikowanej na naszych ła- mach rozmowy Alchien d'Archien stawia sprawę jasno: "Krytyka Korony jest istot- na dla całego Królestwa, powinna być możliwie energiczna, zaangażowana, miażdżąca i bezlitosna". Przytomny ob- serwator naszego życia publicznego zna wysuwane przy tej okazji argumenty. W każdym razie - powinien je znać.
Wydaje się, że takie właśnie jest wspól- ne przesłanie poprzedników d'Archiena: Pietraczuka, Jasińskiego, Estreichera. Po prawdzie ci ostatni inaczej rozłożyli argu- menty, inne były też przyczyny ich wys-
tąpienia, a w końcu - rezygnacji. A jed- nak na pewnym etapie swojej obecności wszyscy spotkali się z jednakową reakcją - izolacją. Jak cztery stojące trumny na obrazie Magritte'a.
Pokuśmy się o małą inwentaryzację. Z perspektywy infernalnych otchłani, do- kąd w końcu została odesłana cała czwórka, dreamlandzki areopag jawił się Pietraczukowi jako klub wzajemnej ado- racji. Jasiński dorzucił do pieca i na na- szych łamach stwierdził krótko: "Dream- land nie jest państwem pluralistycznym, jest tworem, w którym kwitnie monizm polityczny. Jest to zjawisko typowe dla państwa totalitarnego lub autorytarne- go. Nie zieję patosem, nie »otwieram oczu« ani nie pytam »Co z tym Dream- landem?«, jedynie sugeruję" ("GW", nr 34/2004).
Nie przebierający w słowach Estreicher nie krył swojej szczerej pogardy dla mo- narchy. W styczniu 2009 roku, informu- jąc o swojej rezygnacji z dalszej zabawy, zauważył gorzko: "Wypadałoby zamieścić gdzieś na stronie głównej instruktaż dla potencjalnych urzędników Królestwa: możesz być niekompetentnym obibo- kiem, wolno Ci doprowadzić do ruiny powierzoną Ci instytucję, nie przejmuj się, jeśli wyludnisz prowincję, jedyne, czego nie wolno Ci zrobić - to skry- tykować monarchę lub odmówić propo- nowanego Ci przezeń tytułu. Król kocha swoje prostytułki i docenia je, kochaj więc i Ty Króla".
Alchien d'Archien, choć przypuszcza dzi- siaj frontalny i w głębi swego wywodu bezprecedensowy w naszych warunkach atak na instytucję monarchii, na temat osoby monarchy wypowiada się jednak oględnie, jeśli nie wręcz życzliwie ("Ed- ward Krieg jest dobrym Królem, sumien- nym i odpowiedzialnym"). Osoba - tak, instytucja - nie.
Trudno zgodzić się z takim poglądem. W naszych warunkach są to rzeczywistości wzajemnie nieodróżnialne. Niepodobna właściwie ocenić dreamlandzkiej Korony abstrahując od konkretnych przymiotów jej aktualnego dysponenta. W tym ro- zumieniu nawet wprowadzenie ustroju republikańskiego oznaczałoby w naszych warunkach po prostu niewiele znaczące przesunięcie tytularno-semantyczne: za- miast króla, który może torpedować na- sze ambicje polityczne, otrzymamy pre- zydenta lub odpowiednio krzepkie ciało kolegialne. Zaufanych ludzi króla zastąpią zaufani ludzie prezydenta. Z nazw urzę- dów co prawda wyrugujemy odwołujące się do poprzedniej tradycji przymiotniki, ale same urzędy nie staną się przez to republikańskie.
Truizmem będzie stwierdzenie, że w świecie państw wirtualnych pierwotną - w sensie chronologicznym - i podsta- wową formą rządów jest monarchia. Idea jedynowładztwa, jako gwarantują- ca przetrwanie i stabilność całej wspól- noty, w dalszym ciągu organizuje mikro- nacyjną narrację politologiczną. Monar- cha, choćby nie miał żadnej realnej wła- dzy politycznej, jako strażnik kluczy przy- najmniej sprawuje pieczę nad serwerem i wydaje dyspozycje w odniesieniu do kwestii dla trwania systemu newralgicz- nych. Na gruncie naszej teorii polityki jest to pewien bezpieczny aksjomat.
Kontestacja monarchii - a czasem kryty- ka samego monarchy - pokrywała się u nas z kontestacją klimatu intelektual- nego państwa, z kontestacją jego kul- tury politycznej. Z przyczyn, nad którymi nie ma sensu się teraz rozwodzić, w świecie społeczności internetowych ruch demokratyczny przyjmuje ostatecznie wektor antymonarchistyczny, balansując tym samym - przynajmniej w ogólnym odczuciu - na granicy legalności, definio- wanej tutaj jako lojalność wobec monar- chy. Kontestowanie idei w ostatecznej instancji zawsze przybiera postać kon- fliktu z uosabiającą ową ideę osobą. Jest również prawdą, że tendencje demokra- tyczne - w poszukiwaniu odpowiedniego dla siebie wyrazu - znajdują u nas ujście przeważnie w formie sympatii dla dok- trynalnego socjalizmu, mniejsza już, że momentami bardzo w mikronacjach stry- wializowanego, jeśli nie zgoła infantyl- nego. Z chlubnymi wyjątkami, dodajmy dla porządku.

"Nasz ustrój, ucieleśniony w Prawie i Mo- narchii, ma swoje strukturalne ograni- czenia, co czyni go w pewnym momen- cie niereformowalnym. Nie otrzymamy Monarchii bez wad, które są od Mo- narchii nierozłączne", sugeruje nam d'Ar- chien. A przecież nie on jeden. Marcus Estreicher rozpaczliwie starał się zwrócić naszą uwagę na tytułomanię i kult bezwarunkowej lojalności, nawet kosz- tem promowania niekompetentnego urzędnika. Jasiński podkreślał przesadną koncentrację uprawnień w rękach mo- narchy, który w naszych warunkach sta- je się sędzią, prawodawcą i egzeku- torem stanowionych przez siebie praw. Już nawet chwilowa niedyspozycja ta- kiego Jowisza skutkować musi czkawką całego organizmu.
Lektura politycznego testamentu pozos- tawionego przez naszych "nielojalnych" demokratów pozostawia w czytelniku raczej przykre wrażenie. Król jawi się tutaj nie jako ostoja, zwornik i wentyl bezpieczeństwa systemu, ale jako jego główny hamulcowy. Jako szkodnik - po prostu.
W lipcowej deklaracji programowej d'Ar- chien przypomniał nam "dwa główne źródła dreamlandzkiej tradycji politycznej: zaufanie dla Korony jako gwaranta sta- bilnej państwowości oraz demokrację ja- ko siłę, która zapewnia rację bytu pań- stwu wirtualnemu". Już pobieżna lektura zapisu wystąpień arcyksięcia z trzech ko- lejnych miesięcy skłaniać musi do oczy- wistego wniosku: pierwszy z członów tej konstrukcji systematycznie erodował, by na przełomie października i listopada zu- pełnie wyparować. Ostała się jeno ta nieszczęsna demokracja. Jak w znanej opinii sformułowanej przez H. L. Men- ckena: Lekarstwem na niedomaganie de- mokracji jest więcej demokracji.
Nie musimy w to wierzyć. Demokratycz- ne credo od dawna budzi we mnie silny niepokój, choć nie odnajduję w sobie ża- dnej sympatii dla autorytaryzmu. Wbrew
popularnym wyobrażeniom, Królestwo Dreamlandu jest dzisiaj państwem na wskroś demokratycznym, choć z tej de- mokracji czynimy - jako obywatele - kiepski użytek. Realnej demokracji, jak zauważył jeden z komentatorów życia politycznego, wiele do życia nie trzeba: wystarczy powszechna równość wobec prawa i odwoływanie rządu na życzenie większości. Demokracja bezpośrednia, z taką żarliwością postulowana przez boha- terów tego krótkiego szkicu, nie po- dźwignie Królestwa z upadku - a już z pewnością nie na obecnym etapie, nie w warunkach tak deprymującego roz- prężenia.
Nie potrzebujemy również powszech- nego zrównania. Kilkakrotnie na prze- strzeni minionych lat dawałem wyraz swojej niechęci do programowego ega- litaryzmu mikronautów. Internetowa rzeczpospolita potrzebuje hierarchii, me- rytokracji, rządów lepszych, więc i lepiej wykwalifikowanych, co w naszych wa- runkach często znaczy po prostu - doświadczonych. Stąd moje poparcie dla idei systemu głosów ważonych, sys- temu, który uzależnia wartość oddanego głosu od miejsca zajmowanego w re- jestrze heraldycznym. Piszę to jako po- siadacz tytułu barona, a zatem - jako nikt. Obserwuję Dreamlandczyków od blisko dziesięciu lat. Kto jest w stanie sprawować władzę w Królestwie - już rządził, bądź też właśnie tę władzę spra- wuje. Nie oszczędzamy żadnych zaso- bów. Na dreamlandzkiej prowincji nie więdnie nam dziś żaden polityczny ge- niusz. Jeśli nie ścięliśmy naszych Dan- tonów, Desmoulinsów i Hebertów, zro- bili to sami - z przejmującej nudy.
A dzisiaj? Wobec Apokalipsy? Nie czeka- my już, aż nam nowy obywatel okrzep- nie, i zanim jeszcze ów zrozumie, na czym naprawdę polega nasza zabawa, windowany jest na urzędy zupełnie nie- botyczne. Prosta droga do deprecjacji instytucji władzy. Droga, dodajmy, już przebyta.

Powtórzmy ten banał: potrzebujemy stanowczego, energicznego i wyposażo- nego w szerokie kompetencje rządu. Ale nawet już te uprawnienia, którymi cieszy się obecny gabinet, w zupełności wystarczają. Jak zauważyłem już w in- nym miejscu, ogłoszona w kwietniu 2008 roku proklamacja Consensus facit legem usankcjonowała korzystny dla rządu i parlamentu status quo. Zwol- niona przez monarchę przestrzeń pozo- stała jednak niezagospodarowana. Wy- darzenia ostatnich miesięcy niezbicie jed- nak dowodzą, że elity polityczne Kró- lestwa tej komfortowej dla siebie sytu- acji - praktycznie nie spotykanej w in- nych mikronacjach - po prostu nie wy- korzystały.
Dzisiaj Królestwo nie ma rządu. Nie jest realizowana żadna polityka wewnętrzna. W naszych stosunkach zewnętrznych głównym motorem i siłą sprawczą zdaje się być obecnie Prezes Sądu Królestwa. Odnoszę nawet wrażenie, że gabinet Pawła Erwina funkcjonuje w jakimś her- metycznym i niezrozumiałym dla po- stronnego obserwatora świecie post- apokaliptycznej postpolityki, a wszystko podług logiki: skoro już raz dowiedziono daremności wszelkich działań, uprzedza- my ewentualną krytykę i uczciwie de- klarujemy rezygnację z jakichkolwiek prób choćby zamarkowania takich dzia- łań.
Na ogół problemem jest zbyt silna wła- dza monarchy. W naszym przypadku jest dokładnie na odwrót: to bezpreceden- sowa słabość monarchii dreamlandzkiej urasta dzisiaj do rangi praprzyczyny obecnej zapaści. I choć jest to słabość na sobie wymuszona, Alchien d'Archien sugeruje, że słabością tą król zaraża poddanych. Taka jest wymowa jego os- tatnich wystąpień. Taki jest rdzeń jego specyficznie metafizycznej teorii polityki.
Prywatnie preferuję inną interpretację. Podejrzewam, że ta sama intuicja, która jeszcze przed rokiem kazała byłemu pre- mierowi pokładać w Koronie cokolwiek nierealistycznie nadzieje, dzisiaj, wskutek przykrego, choć chyba nieuchronnego rozczarowania, nakazuje mu coś dokład- nie przeciwnego. Może się bowiem oka- zać, że obywatel d'Archien, lewicujący demokrata, i arcyksiążę d'Archien, rojalis- ta i arystokrata, to wciąż jedna i ta sama osoba: elitarysta i zwolennik silnej i na poły ojcowskiej władzy centralnej, która swój najpełniejszy wyraz znalazła właśnie w Koronie. Autokrata, który bez trudu markuje banalny żargon demokraty. Dowodzą tego październikowe boje ar- cyksięcia na liście dyskusyjnej: ten cu- downy pokaz niezłomnej bezkompromi- sowości, skutecznie uniemożliwiającej nawiązanie dwustronnie satysfakcjonu- jącego dialogu. Dowodzi tego również fiasko zakulisowych negocjacji z Królem. Wreszcie - dowodem na to ostateczna samozatrata arcyksięcia.
Demokrata, od kołyski karmiony tylko rozwodnioną papką, machnąłby w takiej sytuacji ręką: drzwi i tak stały szerokim otworem. Wystarczyło zająć miejsce za biurkiem i wydać pierwsze dyspozycje. Ta misja mogła i powinna się była po- wieść. Alchien d'Archien, postać mająca w sobie coś z inkwizytora, oczekiwał chyba bezwarunkowej kapitulacji, jeśli nie wyznania wiary. Ideami można żon- glować do woli, trudniej o zmianę włas- nego temperamentu. Gdy przed rokiem d'Archien gotów był topić we wrzątku kacerzy i umierać za silnego monarchę, a dzisiaj gniewnie utyskuje na starczą słabość króla, jako pierwszy wychodzi przed szereg i domaga się pogrzebania go żywcem, w paradoksalny sposób potwierdza swoje wcześniejsze słowa: jest diablo konsekwentny. Jest w tym geście coś z synowskiej rozpaczy nad niedołężnym ojcem, który co prawda nie stracił jeszcze rozumu, ale już pływa we własnych fekaliach.
Jeden z obrazów Rene Magritte'a przed- stawia otwarty czarny męski parasol, na którym stoi szklanka wypełniona wodą. Belgijski malarz zwraca naszą uwagę na przedmiot, który spełnia dwie przeciw- stawne funkcje. W tym przypadku - nie przepuszcza wody, a jednocześnie przyj- muje ją. Magritte dał obrazowi adek- watną nazwę: "Wakacje Hegla".
(Jacques de Brolle)