Nr 44
Arona, grudzień 2009
PWW "PRASA"
© RK v 3.0
kontakt: bebert@op.pl

Wkładki:
archiwum
redakcja

  strona   1   2   3   4   5   6   7   8   9   10  

cd. ze str. 2

JdB: Przywołajmy podstawowe tezy tamtego wystąpienia: "król pozbawia się własnej politycznej podmiotowości", "radykalnie oddziela się od Narodu" i ewidentnie nie jest już w stanie "wyjść z inicjatywą natury państwowotwórczej", porwać do "ratowania republiki", "wzbudzić fascynację mikroświatem". W moim odczuciu Agamben to chyba zbyt duży kaliber w tym przypadku. Za ciężki to młot na tak wątłe komary. Odnoszę wrażenie, że problem jest nieco bardziej trywialny. Owszem - pasywność Korony została usankcjonowana w ubiegło- rocznej proklamacji Consensus facit legem i jako taka jest dziś standardem, do którego zdążyliśmy przywyknąć. "Król umocował ustrojowo własną ustrojo- dawczą niemoc" - przytomnie zauważył Pan w sierpniu. W ten sposób jednak co najwyżej identyfikujemy formalne podstawy obecnego stanu rzeczy. Ta nieszczęsna proklamacja przecież jedynie usankcjonowała status quo. Proponuję zejść poziom niżej i zastanowić się, co było tu właściwą przyczyną, a co skutkiem. Osobiście, zamiast o mgła- wicowej Koronie, wolę mówić o konkretnych lokatorach Pałacu Królewskiego. Zamiast o anonimowej logice dziejów i socjologicznych prawidłowościach - o temperamencie i ogólnie zrozumiałych wzorcach zacho- wania. Może więc Edward Artur, człowiek z krwi i kości, zapracowany i coraz bardziej znużony wieloletnią szarpaniną, nieodwołalnie stracił zainte- resowanie dalszą zabawą i teraz, na tym etapie, po prostu odpracowuje już nadgodziny? Dajmy spokój z całą tą metafizyką - może po prostu nadszedł czas na zmiany? A jeśli tak, to czemu nie pójść o krok dalej? Idea republikańskiego Dreamlandu coraz częściej podnosi mi ciśnienie. Prezydent, wybierany choćby przez elektorów-arystokratów raz na dwanaście miesięcy, w dalszym ciągu byłby gwarantem stabilności ustroju, a jednocześnie prawdopodobieństwo, że stanie się głównym hamulcowym systemu, zostałoby zredukowane do bezpiecznego minimum. A nawet gdyby - każda kadencja ma swój koniec. Monarchę trzeba udusić poduszką.

AdA: Dotyka Pan sedna, gdy mówi o "usankcjonowaniu status quo". Usan- kcjonowanie to nie tylko stworzenie "formy", to bardzo konkretne działanie władzy, suwerena, który nie tylko objawia nam się w prawie, ale na styku prawa i nie-prawa konstytuuje własną pozycję. Mam wrażenie, że powiedziałem o tym trochę powyżej. Dlatego nie uważam, żeby można było krytykę monarchicznego dyskursu zastąpić krytyką kolejnych Królów (chociaż ich postępowanie w wielu miejscach zasługuje na naganę i społeczny sprzeciw). Skoro jednak redaktor kusi zejściem o poziom niżej, to bądźmy jeszcze ciut bardziej empiryczni. Gdyby problem leżał w Królach, to skąd brak faktycznego oporu wobec nich? Nie tylko mamy zapisane w prawie i ustroju narzędzia sprzeciwu wobec Króla (poczynając od kompetencji Rządu i nieszczęsnego Consensus facit legem, na referendum konstytucyjnym skończyw- szy), ale i nic nie stoi na przeszkodzie, żeby ci arystokraci, którzy mieliby w Pańskiej wizji wybierać Prezydenta, po prostu wypowiedzieli posłuszeństwo Królowi i Prezydenta wybrali. Taka burżuazyjna Komuna Dreamopolitańska. Proszę wierzyć, że kwestie techniczne



okazują się w końcu stosunkowo mało ważne, a odpowiednio duży nacisk każ- dego Króla zmusi do rezygnacji... Kłopot w tym, że w różnych sytuacjach "społecznie krańcowych", w sytuacjach kryzysu, wielu obywateli staje się nagle zagorzałymi Monarchistami. Nie - poli- tycznymi zwolennikami tego czy tamtego Króla, ale - Monarchistami, przez wielkie "M". Problem również w naszym podejściu do Prawa, oczywiście. Innymi słowy: nie zdziwiłbym się, gdyby Dreamlandczyk był w stanie bronić Króla przed zamachem stanu, który sam wcześniej ze szczerym przekonaniem zorganizuje. Idea republikańskiego Dreamlandu kusi, odpowiednio wpro- wadzona w życie - cieszyłaby się zapewne moim poparciem (aż do momentu jej zrealizowania, w którym jako "czerwony" stanąłbym w opozycji). Oczywiście, wolałbym inny model. Ale republika kusi, bo jest naturalnym (a nie dyskursywnym) wrogiem monarchii. Tylko niech republikanie pozostaną republikanami i rządzą w swoim (choćby elitarnym) gronie, a nie - oddają kompetencje Prezydentowi.

JdB: Wspomniał Pan przed momentem o swoistej bezrefleksyjności naszej społeczności. Poszedłbym nawet o krok dalej i zaryzykował tezę o jej faktycznej apolityczności. Jakkolwiek zakresy ter- minów "polityka" i "polityczność" są zmienne historycznie, więc i odmiennie definiowane, w popularnym ujęciu polityka jest działaniem zmierzającym do uzgodnienia interesów różnych grup społecznych, specyficznym placem targowym, na którym obowiązuje mechanizm konkurencji cenowej wobec grupowych dezyderatów. W systemach, w których nie ma mowy o konflikcie idei czy choćby o starciu opinii, a zatem, gdy wspomniany plac targowy świeci pustką, nie ma mowy o polityce. Oczywiście - zawsze pozostaje walka o władzę, która wciąż pozostaje przecież dobrem szczególnie atrakcyjnym i - dla wielu - wartością samą w sobie. Ale, jak słusznie pyta podążających śladem Maxa Webera politologów Bernard Crick, "dlaczego nazywać polityką walkę o władzę, skoro jest to tylko walka o władzę?". Stąd system totalitarny będzie paradoksalnie systemem apolitycznym, czy nawet jawnie antypolitycznym. W przypadku mikronacji - niestety, Dreamland staje się tutaj najlepszym przykładem - polityka, szeroko rozumiana jako walka idei, przechodzi do lamusa. Robert Janusz Czekański (vel Lord Darth Kanzler) porównał niedawno mikronacyjne wybory parlamentarne do pustych rytuałów z gatunku "lubię, nie lubię". W hermetycznym środowisku, jakim nie- wątpliwie jest kilkudziesięcioosobowe państwo wirtualne, wyborca wybiera między kolegą X a kolegą Y, przy czym każdy z każdym wypił piwo i zadzierzgnął bliższą znajomość z jego siostrą. Przypomnijmy, że ta gorzka refleksja zrodziła się w kontekście wandejsko-sarmackim (z listami dyskusyjnymi, na

które miesięcznie wciąż spływa łącznie około tysiąca maili). W Królestwie Dreamlandu walka idei już dawno została wyparta przez konfrontację maleńkich nastawieniek życiowych. Z konieczności więc wsłuchujemy się w niemal nieodróżnialną od ciszy pogawędkę o ulotce promocyjnej, którą przygotuje, jeśli mu czas pozwoli, jeden z naszych ministrów. Jako symulator życia politycznego Dreamland A.D. 2009 troszkę rozczarowuje.

AdA: Porusza Pan Redaktor olbrzymi temat. Może zacznę od tych kwestii, które moim zdaniem wymagają najmniej wyjaśnień. Nie wgłębiając się w definicję "polityki" i "polityczności", uważam, że warto przywrócić obu ich wymiar antagonistyczny (docelowo - agonis- tyczny), postrzegać politykę nie w kategoriach "uzgodnienia" (to pierwszy krok w stronę ugruntowania neo- liberalnego konsensualizmu i status quo), co pewnego niezbywalnego napięcia. Walka o władzę, wyzuta z polityczności, przybiera formę sakralną (to przecież zrobiła bulla... przepraszam, proklamacja Consensus facit legem - "uświęciła" i wyalienowała władzę), staje się nie- dostępna ludziom. W tym miejscu więc pełna zgoda. Myślę natomiast, że większość z nas - a szczególnie tzw. elity, z Królem na czele - zapomniała, że (abstrahując od analogii do "reala") mikronacje polityką stoją. Definiujemy się jako państwa wirtualne nie ze względu na tożsamość kulturowo-narodową (przynajmniej nie jest to pierwotna motywacja), zajmowany teren czy zależności gospodarcze - ale przez politykę. Ma to znaczenie nie tylko dla bieżącego życia KD i dla naszych starzejących się weteranów, ale również - a może przede wszystkim - dla nowych obywateli, a więc też dla promocji KD. Nie przyciągniemy informatyków, ofe- rując im pracę jako informatykom - zapewniam, że mało wdzięczną harówę znajdą w wielu innych miejscach. Nie przyciągniemy ludzi poszukujących nowego MMO, proponując im zubożoną wersję tegoż. Nie przyciągniemy wreszcie nawet artystów i pisarzy, którzy mają do dyspozycji coraz więcej v-przestrzeni dla nich przeznaczonych, pod wieloma względami bardziej atrakcyjnych. Przyciągniemy ich obiet- nicą uczestniczenia w życiu państwa, a więc - polityką. Ekhorn może planować akcje promocyjne, Rząd może pisać już artykuły, ulotki, foldery i gazetki ścienne - ale póki nie odzyskamy polityczności i rozumianej w jej duchu państwowości, póty nikt nie zagrzeje u nas dłużej miejsca. Dreamland rozczarowuje więc nie tylko jako symulator życia poli- tycznego - rozczarowuje jako państwo wirtualne. Przestał spełniać wymagania nie "współczesnego internauty", ale Ojców-Założycieli mikroświata, jeśli mogę sobie pozwolić na odrobinę patosu.

JdB: Czy z punktu widzenia internauty, który szuka dla siebie dynamicznej mikronacji, Mandragorat Wandystanu jest rajem na wirtualnej ziemi? A może jest nim Księstwo Sarmacji?

AdA: Zależy od internauty i od tego, co rozumiemy jako dynamiczne. Sarmacja w ogólnym modelu ustrojowym w ogóle nie jest dynamiczna, tam też mamy sakralizację władzy i konserwatyzm postępujący w miarę wspinania się po szczeblach hierarchii administracyjnej. W ramach wypróbowanych już i zaak- ceptowanych ram projektowych, na mocy swoistej koncepcji, można tam robić wiele. Ale nie ukrywam - nigdy nie ukrywałem - że bliższy jest mi model wandejski. Na pozór sztywna "ideologia" Wandystanu nie tyle (a tak zwykło się sądzić) stanowi sito, dzięki któremu do MW trafia określony typ internautów, co jest w rzeczywistości dostępna oby- watelom, pozostaje w horyzoncie ich politycznych działań. Oczywiście, Wandy- stan nie jest doskonały. Dotykają go niektóre z powszechnych dolegliwości ("mikrodemokracja", demokracja znajo- mości i osobistych animozji, jest jedną z nich). Pewne rzeczy tam nie przejdą - ale nawet jeśli postrzegać Mandragorat w kategoriach pewnych strukturalnych ograniczeń projektu, to pozostaną one znacznie szersze niż u nas czy w Sarmacji. Dlatego - kierunek na Wandystan. Choćby po to, żeby spróbować się zarazić ich nieustającym zapałem do budowania faktycznego "państwa wirtualnego".

cd. na str. 4