|
|||||
JdB: Przywołajmy podstawowe tezy tamtego wystąpienia: "król pozbawia się własnej
politycznej podmiotowości", "radykalnie oddziela się od Narodu" i ewidentnie nie jest
już w stanie "wyjść z inicjatywą natury państwowotwórczej", porwać do "ratowania
republiki", "wzbudzić fascynację mikroświatem". W moim odczuciu Agamben to chyba zbyt
duży kaliber w tym przypadku. Za ciężki to młot na tak wątłe komary. Odnoszę wrażenie,
że problem jest nieco bardziej trywialny. Owszem - pasywność Korony została
usankcjonowana w ubiegło- rocznej proklamacji Consensus facit legem i jako taka jest
dziś standardem, do którego zdążyliśmy przywyknąć. "Król umocował ustrojowo własną
ustrojo- dawczą niemoc" - przytomnie zauważył Pan w sierpniu. W ten sposób jednak co
najwyżej identyfikujemy formalne podstawy obecnego stanu rzeczy. Ta nieszczęsna
proklamacja przecież jedynie usankcjonowała status quo. Proponuję zejść poziom niżej i
zastanowić się, co było tu właściwą przyczyną, a co skutkiem. Osobiście, zamiast o
mgła- wicowej Koronie, wolę mówić o konkretnych lokatorach Pałacu Królewskiego. Zamiast o
anonimowej logice dziejów i socjologicznych prawidłowościach - o temperamencie i ogólnie
zrozumiałych wzorcach zacho- wania. Może więc Edward Artur, człowiek z krwi i kości,
zapracowany i coraz bardziej znużony wieloletnią szarpaniną, nieodwołalnie stracił
zainte- resowanie dalszą zabawą i teraz, na tym etapie, po prostu odpracowuje już
nadgodziny? Dajmy spokój z całą tą metafizyką - może po prostu nadszedł czas na zmiany?
A jeśli tak, to czemu nie pójść o krok dalej? Idea republikańskiego Dreamlandu coraz
częściej podnosi mi ciśnienie. Prezydent, wybierany choćby przez elektorów-arystokratów
raz na dwanaście miesięcy, w dalszym ciągu byłby gwarantem stabilności ustroju, a
jednocześnie prawdopodobieństwo, że stanie się głównym hamulcowym systemu, zostałoby
zredukowane do bezpiecznego minimum. A nawet gdyby - każda kadencja ma swój koniec.
Monarchę trzeba udusić poduszką.
AdA: Dotyka Pan sedna, gdy mówi o "usankcjonowaniu status quo". Usan- kcjonowanie to nie
tylko stworzenie "formy", to bardzo konkretne działanie władzy, suwerena, który nie
tylko objawia nam się w prawie, ale na styku prawa i nie-prawa konstytuuje własną
pozycję. Mam wrażenie, że powiedziałem o tym trochę powyżej. Dlatego nie uważam, żeby
można było krytykę monarchicznego dyskursu zastąpić krytyką kolejnych Królów (chociaż
ich postępowanie w wielu miejscach zasługuje na naganę i społeczny sprzeciw). Skoro
jednak redaktor kusi zejściem o poziom niżej, to bądźmy jeszcze ciut bardziej
empiryczni. Gdyby problem leżał w Królach, to skąd brak faktycznego oporu wobec nich?
Nie tylko mamy zapisane w prawie i ustroju narzędzia sprzeciwu wobec Króla (poczynając
od kompetencji Rządu i nieszczęsnego Consensus facit legem, na referendum
konstytucyjnym skończyw- szy), ale i nic nie stoi na przeszkodzie, żeby ci arystokraci,
którzy mieliby w Pańskiej wizji wybierać Prezydenta, po prostu wypowiedzieli
posłuszeństwo Królowi i Prezydenta wybrali. Taka burżuazyjna Komuna Dreamopolitańska.
Proszę wierzyć, że kwestie techniczne

okazują się w końcu stosunkowo mało ważne, a
odpowiednio duży nacisk każ- dego Króla zmusi do rezygnacji... Kłopot w tym, że w różnych
sytuacjach "społecznie krańcowych", w sytuacjach kryzysu, wielu obywateli staje się
nagle zagorzałymi Monarchistami. Nie - poli- tycznymi zwolennikami tego czy tamtego Króla,
ale - Monarchistami, przez wielkie "M". Problem również w naszym podejściu do Prawa,
oczywiście. Innymi słowy: nie zdziwiłbym się, gdyby Dreamlandczyk był w stanie bronić
Króla przed zamachem stanu, który sam wcześniej ze szczerym przekonaniem zorganizuje.
Idea republikańskiego Dreamlandu kusi, odpowiednio wpro- wadzona w życie - cieszyłaby się
zapewne moim poparciem (aż do momentu jej zrealizowania, w którym jako "czerwony"
stanąłbym w opozycji). Oczywiście, wolałbym inny model. Ale republika kusi, bo jest
naturalnym (a nie dyskursywnym) wrogiem monarchii. Tylko niech republikanie pozostaną
republikanami i rządzą w swoim (choćby elitarnym) gronie, a nie - oddają kompetencje
Prezydentowi.
JdB: Wspomniał Pan przed momentem o swoistej bezrefleksyjności naszej społeczności.
Poszedłbym nawet o krok dalej i zaryzykował tezę o jej faktycznej apolityczności.
Jakkolwiek zakresy ter- minów "polityka" i "polityczność" są zmienne historycznie, więc i
odmiennie definiowane, w popularnym ujęciu polityka jest działaniem zmierzającym do
uzgodnienia interesów różnych grup społecznych, specyficznym placem targowym, na którym
obowiązuje mechanizm konkurencji cenowej wobec grupowych dezyderatów. W systemach, w
których nie ma mowy o konflikcie idei czy choćby o starciu opinii, a zatem, gdy
wspomniany plac targowy świeci pustką, nie ma mowy o polityce. Oczywiście - zawsze
pozostaje walka o władzę, która wciąż pozostaje przecież dobrem szczególnie atrakcyjnym
i - dla wielu - wartością samą w sobie. Ale, jak słusznie pyta podążających śladem Maxa
Webera politologów Bernard Crick, "dlaczego nazywać polityką walkę o władzę, skoro jest
to tylko walka o władzę?". Stąd system totalitarny będzie paradoksalnie systemem
apolitycznym, czy nawet jawnie antypolitycznym. W przypadku mikronacji - niestety,
Dreamland staje się tutaj najlepszym przykładem - polityka, szeroko rozumiana jako walka
idei, przechodzi do lamusa. Robert Janusz Czekański (vel Lord Darth Kanzler) porównał
niedawno mikronacyjne wybory parlamentarne do pustych rytuałów z gatunku "lubię, nie
lubię". W hermetycznym środowisku, jakim nie- wątpliwie jest kilkudziesięcioosobowe
państwo wirtualne, wyborca wybiera między kolegą X a kolegą Y, przy czym każdy z każdym
wypił piwo i zadzierzgnął bliższą znajomość z jego siostrą. Przypomnijmy, że ta gorzka
refleksja zrodziła się w kontekście wandejsko-sarmackim (z listami dyskusyjnymi, na
które miesięcznie wciąż spływa łącznie około tysiąca maili). W Królestwie Dreamlandu walka
idei już dawno została wyparta przez konfrontację maleńkich nastawieniek życiowych. Z
konieczności więc wsłuchujemy się w niemal nieodróżnialną od ciszy pogawędkę o ulotce
promocyjnej, którą przygotuje, jeśli mu czas pozwoli, jeden z naszych ministrów. Jako
symulator życia politycznego Dreamland A.D. 2009 troszkę rozczarowuje.
AdA: Porusza Pan Redaktor olbrzymi temat. Może zacznę od tych kwestii, które moim
zdaniem wymagają najmniej wyjaśnień. Nie wgłębiając się w definicję "polityki" i
"polityczności", uważam, że warto przywrócić obu ich wymiar antagonistyczny (docelowo -
agonis- tyczny), postrzegać politykę nie w kategoriach "uzgodnienia" (to pierwszy krok w
stronę ugruntowania neo- liberalnego konsensualizmu i status quo), co pewnego
niezbywalnego napięcia. Walka o władzę, wyzuta z polityczności, przybiera formę sakralną
(to przecież zrobiła bulla... przepraszam, proklamacja Consensus facit legem -
"uświęciła" i wyalienowała władzę), staje się nie- dostępna ludziom. W tym miejscu więc
pełna zgoda. Myślę natomiast, że większość z nas - a szczególnie tzw. elity, z Królem na
czele - zapomniała, że (abstrahując od analogii do "reala") mikronacje polityką stoją.
Definiujemy się jako państwa wirtualne nie ze względu na tożsamość kulturowo-narodową
(przynajmniej nie jest to pierwotna motywacja), zajmowany teren czy zależności
gospodarcze - ale przez politykę. Ma to znaczenie nie tylko dla bieżącego życia KD i dla
naszych starzejących się weteranów, ale również - a może przede wszystkim - dla nowych
obywateli, a więc też dla promocji KD. Nie przyciągniemy informatyków, ofe- rując im pracę
jako informatykom - zapewniam, że mało wdzięczną harówę znajdą w wielu innych miejscach.
Nie przyciągniemy ludzi poszukujących nowego MMO, proponując im zubożoną wersję tegoż.
Nie przyciągniemy wreszcie nawet artystów i pisarzy, którzy mają do dyspozycji coraz
więcej v-przestrzeni dla nich przeznaczonych, pod wieloma względami bardziej
atrakcyjnych. Przyciągniemy ich obiet- nicą uczestniczenia w życiu państwa, a więc -
polityką. Ekhorn może planować akcje promocyjne, Rząd może pisać już artykuły, ulotki,
foldery i gazetki ścienne - ale póki nie odzyskamy polityczności i rozumianej w jej
duchu państwowości, póty nikt nie zagrzeje u nas dłużej miejsca. Dreamland rozczarowuje
więc nie tylko jako symulator życia poli- tycznego - rozczarowuje jako państwo
wirtualne. Przestał spełniać wymagania nie "współczesnego internauty", ale
Ojców-Założycieli mikroświata, jeśli mogę sobie pozwolić na odrobinę patosu.
JdB: Czy z punktu widzenia internauty, który szuka dla siebie dynamicznej mikronacji,
Mandragorat Wandystanu jest rajem na wirtualnej ziemi? A może jest nim Księstwo
Sarmacji?
AdA: Zależy od internauty i od tego, co rozumiemy jako dynamiczne. Sarmacja w ogólnym
modelu ustrojowym w ogóle nie jest dynamiczna, tam też mamy sakralizację władzy i
konserwatyzm postępujący w miarę wspinania się po szczeblach hierarchii
administracyjnej. W ramach wypróbowanych już i zaak- ceptowanych ram projektowych, na mocy
swoistej koncepcji, można tam robić wiele. Ale nie ukrywam - nigdy nie ukrywałem - że
bliższy jest mi model wandejski. Na pozór sztywna "ideologia" Wandystanu nie tyle (a
tak zwykło się sądzić) stanowi sito, dzięki któremu do MW trafia określony typ
internautów, co jest w rzeczywistości dostępna oby- watelom, pozostaje w horyzoncie ich
politycznych działań. Oczywiście, Wandy- stan nie jest doskonały. Dotykają go niektóre z
powszechnych dolegliwości ("mikrodemokracja", demokracja znajo- mości i osobistych
animozji, jest jedną z nich). Pewne rzeczy tam nie przejdą - ale nawet jeśli postrzegać
Mandragorat w kategoriach pewnych strukturalnych ograniczeń projektu, to pozostaną one
znacznie szersze niż u nas czy w Sarmacji. Dlatego - kierunek na Wandystan. Choćby po
to, żeby spróbować się zarazić ich nieustającym zapałem do budowania faktycznego
"państwa wirtualnego".