|
|||||
Społeczność opisu
- fragment -
Z racji braku fizycznych wytworów, podstawą społeczności wirtualnej (i jej zorganizowania w postaci pań- stwa wirtualnego - mikronacji) jest opis. Jedynym wytworem jest infor- macja i wtórne opisy tej informacji. Zbudowanie domu nie jest zbu- dowaniem domu - to stworzenie zbioru informacji dających wyobra- żenie domu; dom, choćby będący pałacem, nie daje prestiżu w nor- malnym rozumieniu tych słów, skoro do jego "wzniesienia" nie potrzeba pieniędzy - uznanego pa- pierka lakmusowego miejsca w hierarchii społecznej - ale "tylko" pomysłu i szczególnych umiejęt- ności. Te zaś nie są dystrybuowane między członków społeczności na podstawie wkładu ich pracy, ale są obiektywne i przyznane "z góry", nie są więc narzędziem społecznej stratyfikacji.

W innym miejscu ("Głos Weblandu") pisałem, że w tej sytuacji nie ma znaczenia dla oceny osoby (jej wirtualnej tożsamości) to, co normalnie tej ocenie służy - co wpływałyby w sposób decy- dujący na miejsce w społeczeństwie. Aby wymienić najbardziej ewidentne spośród tego rodzaju kryteriów: z jednej strony na przykład kalectwo, inna, nieheteroseksualna orientacja seksualna, zaś z drugiej - choćby nieprzeciętna uroda czy nawet przyjemny dla ucha tembr głosu. Społeczność opisu jest to, w tym przynajmniej sensie, społeczność egalitarna, w której pozaobiektywne kryteria ocenne nie wpływają decy- dująco na miejsce w hierarchii społecznej i towarzyskiej. Przedstawiciel scholan- dzkiej Filozofii Nowego Świata Tomasz Laskowski ujmuje to tak, w odniesieniu do zjawiska czatu:
Doskonalej niż czat zrównuje pewnie tylko śmierć. Nieważne, kim jesteśmy w rzeczywistości: profesorem czy tramwajarzem, synem robotnika czy też króla; liczy się jedynie fakt, że potrafimy się wzajemnie dogadać. Na ekranie jesteśmy tylko zlepkiem liter. Drugiej osoby nie postrzegamy po ich wyglądzie, markowych lub bazaro- wych butach, które nosi, modnej fryzurze lub brudzie za paznokciami. Ukryte są prawdziwe czy domniemane defekty fizyczne, tak często utrud- niające pierwszy kontakt, powodujące u jednych nieśmiałość i kompleksy, u drugich niechęć. [...] De facto poz- najemy więc najpierw psychiczną sferę człowieka.
("Podstawy metafizyki wirtualnej
- analiza istnienia wirtualnego",
Królewski Uniwersytet Scholandzki).
[...] Państwo wirtualne jest państwem opisu. Bezsprzecznie głównym instru- mentem działania jest język. Wykonanie jakiejkolwiek czynności wymaga ubrania jej w odpowiednie "wyrazy" - bez wąt- pienia nie "słowa", skoro dzieje się to w drodze przekazu niewerbalnego. Nielicz- ne wyjątki od zasady niewerbalności (pojawiające się co jakiś czas mikro- nacyjne stacje radiowe) nie są tak naprawdę wyjątkami - dotychczas służyły one głównie (a może "tylko") rozrywce, a nie opisowi państwa czy społeczności,
wogóle "świata wirtualnego", poza tym same toną w opisach tekstowych. Każdy przejaw działalności organów państwa, każdy tekst kulturowy musi być prze- kazany w formie pisemnej, aby dotrzeć do adresata - tak indywidualnego, jak i zbiorowego. Jedyną alternatywą mógłby być kontakt "twarzą w twarz" (lub choćby za pośrednictwem głosowej telefonii), ale ten jest tak sporadyczny i pełni tak marginalną rolę, że nie jest w stanie w jakikolwiek sposób wpłynąć na funkcjonowanie wirtualnych społecznoś- ci. Panuje zresztą niewypowiedziany konsens, że okazje "spotkań realowych" są dodatkiem, wisienką na torcie - a nie normalnym sposobem funkcjonowania. Hegemonia tekstu pisanego (nie "dru- ku", bo ten miałby przynajmniej fizycznie istniejącą, namacalną formę) ma oczy- wiście swoje daleko idące skutki. Gdy mówiliśmy o egalitaryzmie, równoupraw- nieniu wszystkich członków społeczności bez względu na ich atuty czy wady, przemilczeliśmy jeden, decydujący atry- but - język. Tożsamość budowana za pomocą pisemnych wypowiedzi właśnie od strony zdolności językowych przed- stawia się innym. "Zdolności językowych" właśnie, a nie "natury psychicznej", jak to trochę zbyt idealistycznie ujął w swojej rozprawie T. Laskowski - zdol- ności te są bowiem tylko jedną z wielu funkcji pochodnych psyche. Poprawność budowanych zdań, logiczne myślenie, dobra interpunkcja i ortografia - wir- tualne tożsamości oceniane są pow- szechnie tak, jak gdyby nikt z nas nie opuścił nigdy lekcji języka polskiego w szkole średniej. Bez poprawnych zdol- ności językowych trudno będzie sprawić, by nasza tożsamość osiągnęła sukces - chyba, że mamy pod dostatkiem innych cenionych umiejętności, jak budowa stron internetowych czy konstrukcja skryptów. To jednak język jest głównym atutem. W społeczności powszechnego równouprawnienia równe szanse ma każdy - garbus, kuternoga, jednooki, gej, pryszczaty, dziesięciolatek; od początku skazany na klęskę jest jedynie projekt dysortografa.
W dreamlandzkim piśmiennictwie ujaw- niła się opozycja wobec tego poglądu. W polemice z moim Czy sięgnąłeś już dostatecznie daleko, baronie, opubliko- wanym na łamach "Głosu Weblandu", gdzie prawdopodobnie jako jeden z pierwszych wysunąłem tezę o egalita- ryzmie, J. de Brolle pisał w 2004 roku:
Jeśli jednak potworne oparzenia twarzy, dysleksja i homoerotyzm nie spychają obywatela wirtualnego pań- stwa poza towarzyski (społeczny?) margines, to stan taki wynika wy- łącznie z niewiedzy, z braku podsta- wowych informacji o naszym rozmów- cy, kalekim współobywatelu. [...] Przy- tłoczony kompleksami internauta wre- szcie zdradzi się ze swoją tajemnicą.
("OKNO" nr 18, 2004).

Zdaniem J. de Brolle'a trudno mówić zatem o egalitaryzmie tam, gdzie wynika on tylko i wyłącznie z możliwości prze- milczenia pewnych okoliczności - tych, które mogą spowodować ostracyzm. Brolle uważa zatem, że karzeł, nieza- leżnie od swoich właściwości psychicz- nych czy też intelektualnych ma równie

utrudnioną drogę życiową w świecie wirtualnym dlatego właśnie, że jest karłem. Dla pełnego zrozumienia wspom- nianej opozycji intelektualnej wobec kwestii egalitaryzmu w społecznościach opisu przytoczyć chyba warto fragment artykułu polemicznego, którym piszący te słowa odpowiedział de Brolle'owi:
Jeśli wszelkie niedostatki fizyczne nie spychają realowego karła na margines i ma on szansę w Dreamlandzie grać rolę olbrzyma (...), to czy nie dowodzi to właśnie egalitaryzmu, radykalnego zrównania szans? Bo jeśli stan taki wy- nika »tylko i wyłącznie z niewiedzy, braku podstawowych informacji o na- szym rozmówcy, kalekim współoby- watelu«, to nadal pozostaje to zrów- naniem szans - na starcie wszyscy za- czynamy z locke'owską białą tablicą naszej osobowości.
("OKNO", Nr 19, 2004).
T. Laskowski odpowiada na to w ostatnim zdaniu przytoczonego wcześ- niej passusu: "De facto poznajemy więc najpierw psychiczną sferę człowieka". Najistotniejsze jest zatem to, że tzw. "pierwsze wrażenie" dotyczy czegoś zupełnie innego niż zazwyczaj w "realu": psychiki, umiejętności wysławiania się, itd., a nie np. cech fizycznych. W spo- łeczności opisu, gdzie sami tworzymy swoją "twarz", którą zwracamy ku innym (stworzonym twarzom), co innego jest istotne. Można nazwać to tylko prze- niesieniem akcentów, ale w efekcie niezwykle istotnym: jest czymś zupełnie innym, gdy do jakichś kompromitujących atrybutów przyznaje się osoba, która osiągnęła już sukces, a czym innym, gdy atrybuty takie wychodzą na jaw przy pierwszym poznaniu człowieka, gdy ten jeszcze jest wciąż "nikim" i nie osiągnął wciąż nic, co mogłoby chronić jego pozycję społeczną (nie osiągnął też pozycji, którą mógłby utracić, to druga sprawa - ale może wszak bezpowrotnie stracić szanse na jej osiągnięcie).
W zależności od właściwości osobistych, cech, umiejętności, i predyspozycji ce- nionych w danej grupie społecznej grupa ta wytwarza swoją hierarchię - można by powiedzieć w największym uproszczeniu. Wśród inżynierów najwięk- szym poważaniem cieszyłby się ten z nich, który miałby najbardziej analityczny i matematyczny umysł ("umysł ścisły", mówi się); wśród myśliwych - ten z naj- celniejszym okiem.
Otwartość wirtualnych społeczności i egalitarne zasady akcesu powodują, że zapisać może się każdy; to nie tak, jak z ekskluzywnym gronem inżynierów, gdzie najpierw wymagane jest ukończenie odpowiednich studiów. Jednostki, które nie potrafią dostosować się do panu- jących zasad i nie posiadają odpowied- nich, cenionych atrybutów-umiejętności w większości szybko zniechęcają się, po- zostawiając po sobie tzw. "martwe du- sze", nieaktywne tożsamości zaśmieca- jące informatyczne rejestry. Zdarza się jednak, że tak się nie dzieje. Powszech- nie wyszydzanym zjawiskiem są tożsa- mości kreowane przez bardzo młode osoby, o miernych umiejętnościach języ- kowych, w dodatku psychicznie nie- dojrzałe, które "przybywają" do społecz- ności wirtualnych na fali coraz powszech- niejszego dostępu do internetu (dostęp ten przestaje być, czy nawet już prze- stał, reglamentowanym przywilejem, a staje się - stał się - niemalże zwykłym uprawnieniem osoby, realizacją praw do informacji, wolności słowa, wolnej komu- nikacji).