Nr 44
Arona, grudzień 2009
PWW "PRASA"
© RK v 3.0
kontakt: bebert@op.pl

Wkładki:
archiwum
redakcja

  strona   1   2   3   4   5   6   7   8   9   10  

~ ~ ~ Czad na plaży ~ ~ ~
Z Arturem Piotrem, RS., Prezesem Sądu Królestwa, rozmawia Bogusj de Cubalibre

Bez zbędnych ceregieli, po krótkim wstępie przejdziemy do wywiadu przez duże "w", nie tyle jednak z mojego powodu, a osoby "wywia- danej". Artur I Piotr, senior, postać znana wszystkim, a jak nie, to radzę nie pytać o niego publicznie, bo ci bardziej wrażliwi mogą pokusić się o lincz. Z mojej strony dodam, iż z Seniorem znamy się od bardzo wielu lat, jeszcze z czasów seniora eMBe, kiedy wszystko było zielone (dosło- wnie); przeżyliśmy wspólnie, choć po przeciwnych stronach "rewo- lucjobunt", natomiast z Arturem spotkałem się osobiście dość nie- dawno. Odwiedził mnie na kresach zachodnich, w tej jedynej krainie deszczowców. Mój rozmówca przy- był dzisiaj do Triumwiratu Erboki z oficjalną wizytą (ratyfikacja trakta- tu, powołanie Izby w Sądzie Króle- stwa). Po południu odwiedził mnie na mojej pięknej plaży. Jak już to kiedyś było, siedzimy teraz w ha- makach i popijamy drinki z palemką. Zaczynamy rozmowę.

*

Bogusj: Chcę, aby Twoje wypowie- dzi były szczere do bólu - i pamiętaj: wypowiedź nigdy nie jest za długa. De Brolle powiedział, że zrobi mi masaż karku, jak będziesz krytyko- wał. Więc czadu, Arturze, czadu!

Artur Piotr: Szczere do bólu - będą szczere. Szczerze powiem, kiedy nie bę- dę chciał na dane pytanie odpowiedzieć. Ale obiecuję nie nadużywać tego upraw- nienia.

B: Trzymam za słowo. No to jedzie- my! Jak mija czas na senioralnej emeryturze i dlaczego tak Cię mało na LDKD?

AP: Pracowicie. Nie widać tego może tak dokładnie, ale mam tyle zajęć w Dreamlandzie, że nie jestem w stanie wszystkich należycie ogarnąć w czasie, jaki mogę poświęcić Królestwu. Co do nikłej obecności na LDKD, byłem już za to besztany. Uważam jednak, że zajmo- wanie przeze mnie stanowiska Prezesa Sądu Królestwa wymusza daleko idącą wstrzemięźliwość. Muszę dostosować się do tego, że właściwie każdy spór po- tencjalnie może skończyć się takim czy innym postępowaniem przed Sądem Królestwa. Lepiej zatem, by nie anga- żować się w nie bezpośrednio. Być może do zaakceptowania byłoby wypowia- danie się z zaznaczeniem, iż mówię prywatnie. Osoby, które mnie znają, w szczególności ci, z którymi miałem za- szczyt i przyjemność współpracować, wiedzą, że często zastrzegam, że jakąś opinią nie będę czuł się związany w razie, gdyby sprawa trafiła do Sądu Królestwa. Nie jest to czcze zastrzeżenie. W trakcie rozprawy sędzia ma możliwość wysłu- chania drugiej strony, co często prowa- dzi do zmiany wcześniej przyjętego po- glądu na daną sprawę.

B: Czy to nie jest tylko wymówka? "Jestem w SK, to nie wypada mi się wtrącać - dzięki Bogu, bo i tak mi się nie chce"? Czujesz czasami po- trzebę powiedzenia czegoś, jednak z powodu SK tego nie mówisz, przynajmniej publicznie?

AP: Tak.

B: ...i tyle?

AP: Zwłaszcza ostatnie wydarzenia, dys- kusje nad kryzysem, powodowały, że nie raz już już miałem zabrać głos. Jednakże, jak wskazałem wyżej, przyjęte założenie ostatecznie zwyciężało. Moja wstrzemię- źliwość wpisała się już niejako w zwyczaj konstytucyjny [śmiech].

B: Skoro sam nawiązałeś do kryzy- su, który według mnie trawi mikro- nację od zawsze, czy uważasz, iż Król Edward jest winny (choćby w najmniejszym stopniu) całej zaist- niałej sytuacji?

AP: Winny w jakim sensie? Czy w czymś popełnił błąd, za który sam ponosi pełną odpowiedzialność? Jak chcą niektórzy - grzech zaniechania? Nie sądzę. Nikt tak naprawdę, poza chyba seniorami, nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wiele pracy Korony nigdy nie widzi światła dziennego. Praca monarchy - dream- landzkiego zapewne w szczególności - to nieustanne rozmowy, konsultacje, moty- wowanie i gdy trzeba - także wytykanie błędów. Ale tradycyjnie unika się czy- nienia tego w sposób publiczny. Trzeba pamiętać, że Korona, przy ogromnej od- powiedzialności, nie ma wielkiej mocy sprawczej. I to zarówno z uwagi na przyjęte konwencje konstytucyjne, jak również immanentną cechę wszystkich mikronacji - chyba, że niektóre płacą re- alne pieniądze - dobrowolności. Mikro- nacja jest zabawą. Jak mantrę powta- rzam wszystkim słowa arcyksięcia Ghar- dina, który niezwykle trafnie zwrócił kie- dyś uwagę, że przecież członkowie elity też mają prawo do tego, aby uczestni- czenie w tym naszym wielkim, wspólnym dziele sprawiało im przyjemność, a nie było tylko źrółem dodatkowych stresów i poczucia nierealizowanych oczekiwań innych. Tego rodzaju stresów aż nadto dostarcza nam świat realny. 

B: Skoro Król nie ma "wielkiej mocy sprawczej", nie byłoby lepiej, aby postawił pewne sprawy na ostrzu noża i je upublicznił? Jeżeli, po- wiedzmy, Premier mówi "nie", a Król pomimo tego wierzy w swoją ideę, czy nie powinien opowiedzieć o niej obywatelom, aby uzyskać poparcie?

AP: Nie zwykłem oceniać publicznie mo- delu sprawowania władzy przez moich następców. Ta opinia dostępna jest wy- łącznie każdoczesnemu Królowi, jeżeli chce jej wysłuchać.

B: Wezmę Cię pod włos i zapytam, czy Ty jako już Król Senior szukałeś - może i nadal czasami szukasz - poparcia u innych?

AP: Nie - jestem w tej sytuacji, że nie muszę szukać niczyjego poparcia. Chodzi mi o to, że nie prowadząc bieżącej dzia- łalności politycznej, nie muszę ubiegać się o to poparcie. Jeżeli nie zrozumiałem pytania to proszę o jego doprecyzo- wanie [uśmiech].

B: Nie do końca odpowiedziałeś, czy jako Król szukałeś poparcia dla swo- ich pomysłów publicznie lub wśród osób nie związanych z władzą bez- pośrednio?

AP: A - jako panujący? Oczywiście, że musiałem uwzględniać aktualną sytuację polityczną. Natomiast trzeba pamiętać również o tym, że Król jest jednak po- nad bieżącą polityką. Musi współpraco- wać z każdym rządem. Te się zmieniają kilkakrotnie w ciągu panowania. Król sta- je się wówczas niejako archiwum po- przednich doświadczeń, z których każ- doczesny premier, jeżeli chce i potrafi, zawsze może korzystać. Zdarzały się oczywiście posunięcia nieraz dramatycz-

ne. Te również poprzedzone były wnik- liwą oceną tego, co dla Królestwa naj- lepsze. Trzeba było dokonać pewnych wyborów i oczywiście to zawsze na końcu jest decyzja Króla, on jest za nią odpowiedzialny, niezależnie od tego, ja- kie było stanowisko jego doradców. Chodzi tutaj jednak przede wszystkim o rodzaj odpowiedzialności moralnej.

B: Odpowiedziałeś tak "na okrętkę" - coś Ci widać nie pasuje w tym pytaniu, więc przestaniemy to drą- żyć. Przejdźmy do spraw zagra- nicznych. Ostatnio bardzo zainte- resowałeś się współpracą z Trium- wiratem Erboki, czy możesz to jakoś uzasadnić i zdradzić, jakie inne mi- kronacje interesują Cię w podob- nym, mniejszym lub większym stop- niu?

AP: Nie miałem zamiaru odpowiadać "na okrętkę" - chętnie wrócę do pytania, ale nie wiem, czego oczekuje jego Autor - że opiszę poszczególne wydarzenia i konsultacje, jakie wówczas przeprowa- dzałem? Jeżeli tak, to oczywiście się te- go ode mnie nie dowie. Jednym z pod- stawowych założeń monarchii konsty- tucyjnej jest zaufanie premiera i mini- strów, że ich rozmowy z Królem pozo- staną poufne.
Co do spraw zagranicznych - Erbo- kańczycy wiedzą doskonale, że uważam ich za wywodzących się z dream- landzkiego pnia, co zresztą znając naszą historię jest oczywiste. Nie kryję, iż w dzisiejszych warunkach uważam, że pań- stwa z tego obszaru kulturowego winny zbliżać się do siebie. Myślę - a choćby wczorajsze uroczystości z okazji inau- guracji pierwszej linii kolejowej wskazują, że mam rację - iż Dreamlandczycy i mieszkańcy Erboki bardzo łatwo docho- dzą do porozumienia i nie ma problemów ze współpracą. Szanujemy naszą historię, nie kryjemy wcześniejszych różnic, ale właśnie dlatego, iż jesteśmy w tym za- kresie szczerzy ze sobą, nie przeszkadza nam to w obecnej współpracy. Erboka jest pierwszym państwem, z którym mo- ja spółka podpisała umowę o współpracy - i to też o czymś świadczy. Jestem z tego obrotu sprawy bardzo zadowolony. Obecnie udało się nam - już jako państwom - uzgodnić zasady współpracy w dziedzinie wymiaru sprawiedliwości. Myślę, że jest jeszcze dość spory po- tencjał do pogłębiania współpracy.

B: Patrząc na ostatnie 3 (słownie: trzy) expose Premierów, wszyscy, jak jeden brat albo siostra, stawiali na pierwszym planie Wandystan. Po wczorajszych uroczystościach może- my jasno powiedzieć, iż Wandystan nie "zaszczycił" Ciebie i nas obec- nością na otwarciu pierwszej - jakże efektownej - linii kolejowej. Czy w takim wypadku Rząd Dreamlandu nie idzie w złym kierunku? Z tego, co pamiętam, tylko jeden Premier KD wspomniał o Triumwiracie Erboki w swoim expose...

AP: Po pierwsze, to nie jest "wina" Wandystanu. Jego Ekscelencja Wielki Triumwir został zaproszony z uwagi na wcześniej podpisaną umowę. Wydarze- nie nie miało charakteru państwowego, więc odradzam wyciąganie z czyjejkol- wiek nieobecności wniosków w zakresie polityki zagranicznej. Za życzliwą ocenę otwarcia bardzo dziękuję, dodaje ona niewątpliwie skrzydeł i mobilizuje do dalszej pracy. Co do oceny Rządu - ostatnie dwa rządy nie miały jakoś wielkiej okazji do realizowania swoich założeń politycznych, więc i wygłoszone expose nie są szczególnie dobrymi prognozami na przyszłość. Osobiście uważam, że warto skupiać się generalnie na współpracy z państwami, które uzna- ją Królestwo za pewien punkt od- niesienia i które na taką współpracę same są nastawione. Mam podstawy, by sądzić, że Triumwirat Erboki jest jednym z  takich państw. O ile się orientuję, również Mandragorat Wandystanu jest życzliwie nastawiony do tej kwestii. Nie wiem jednak, na ile zmiany osobowe zarówno w naszym Rządzie, jak i w Man- dragoracie, wpływają na aktualność tych ocen. Mam nadzieję, że wyłącznie na plus.

B: Czy możesz mi odpowiedzieć w jednym słowie - Ty stawiasz na Er- bokę?

AP: W jednym słowie nie jestem w stanie. Uznaję, że Erboka jest nam naj- bliższa historycznie, może razem ze Zjed- noczonym Królestwem Brugii, którego również jestem królem seniorem. Nie wyklucza to jednak oczywiście zbliżenia z innymi państwami. Mówię to, rzecz jas- na, wyłącznie jako osoba prywatna. 

B: Jak zawsze. Spodziewałem się re- klamy, a dostałem informację turys- tyczną. Popatrzmy na przyszłość - dalszą lub bliższą - i stosunki KD z TE. Jak sobie wyobrażasz - co się stanie dalej? Jakaś unia? Jedna lista dyskusyjna? Wspólny władca?

AP: Myślę, że mniej więcej właśnie w tym kierunku. Szanując swoje odręb- ności i samorządność, daleko idące zbli- żenie. 

B: Arturze - rozwiń to, zaszalej!

AP: Zarówno władze Królestwa, jak i Erboki znają moją opinię w tej sprawie. Nie wiem, czy powinienem puszczać wo- dze fantazji aż tak daleko, ale osobiście nie widzę powodów, dla których nie miałoby dojść do przyjęcia rozwiązania jakiejś formy unii realnej, choćby ze wspólnym władcą i koordynacją polityki zagranicznej, przy jednoczesnym zacho- waniu własnych tożsamości. Oba pod- mioty takiej unii tam, gdzie to możliwe, łączyłyby swoje wysiłki w niektórych sferach. Tam zaś, gdzie zasada pomoc- niczości by tego nie wymagała, pozos- tawałyby własne rozwiązania. Sądzę, że ma to szanse powodzenia - tak długo, rzecz jasna, jak długo obie strony ze

współpracy będą zadowolone i wzglę- dem siebie nawzajem lojalne. I tak spora część mieszkańców Erboki regularnie udziela się na liście Królestwa, z czego zresztą osobiście jestem wielce rad. Nie wydaje się zatem, by wiele miało się w tym zakresie zmienić.

B: No to idźmy już na całość - jaki tytuł miałby wspólny władca? Król, Triumwir, a może oba, bo przecież nic mu nie zabrania mieć dwa ty- tuły? Jak byś rozwiązał problem 9-miesięcznej kadencji w Triumwi- racie i "wiecznej" kadencji w Kró- lestwie?

AP: To są już sprawy wybitnie tech- niczne i tutaj możliwych rozwiązań jest sporo. Może to być historycznie Król Dreamlandu - jest to rozwiązanie znane ze Wspólnoty Narodów. To jest mi z pewnością najbliższe, przy czym nie oz- nacza to w żadnej mierze, by Erboka miała się wyrzec swojego Wielkiego Triumwira i jego zasad wyboru. Da się również znaleźć rozwiązanie, w którym na czele unii staje inna osoba, aniżeli Król Dreamlandu czy Wielki Triumwir, a oba te urzędy pozostają jako wewnętrzne urzędy podmiotów unii. Oczywiście przedstawiam dwie wersje, przy czym jest cała masa elementów pośrednich. Ale właściwym forum dla takich roz- ważań są już bezpośrednie negocjacje pełnomocników w celu ustalenia trak- tatu powołującego taki wspólny orga- nizm. Co Wam byłoby bliższe - Król Dreamlandu na czele unii, czy osoba trzecia?

B: Jeżeli tym Królem będę ja, to mo- że być to Król.

AP: Egocentryzm kiedyś świat zgubi.

B: Ja to całkiem szczerze powiedzia- łem, poza tym pomysł "Król sobie, WT sobie, a na czele stoi ktoś trzeci" też bardzo mi się podoba. Wracajmy do wywiadu właściwej osoby. Ostatnie pytanie, tym razem już ze sfery totalnej fantazji: kogo byś widział na czele takiej unii? Już mniejsza z tym, czy to będzie TW, Król czy osoba trzecia.

AP: Jedno jest powiązane z drugim.

B: Ja pytam o osoby, konkretne al- bo przynajmniej prawie konkretne.

AP: Wybór określonej opcji zawęża pole wyboru. Odpowiem na pytanie, jeżeli wreszcie się odważysz i zadasz je wprost.

B: Ha! Czy widziałbyś mnie na czele takiej unii?

AP: Myślę, że po doświadczeniach z ab- solutną władzą w Triumwiracie, byłoby Ci ciężko wdrożyć się w ramy monarchy konstytucyjnego, czy - co gorsza - li tyl- ko tytularnego. Niemniej, taka odmiana bardzo by mi zaimponowała.

B: Tak się zastanawiam, czy opublikować to ostatnie pytanie... Teraz coś zupełnie innego. Jesteś jednym z niewielu ludzi w mikro- nacjach, których realne nazwisko nie jest tajemnicą (ja jestem kolej- nym) - czy miałeś kiedyś przez to jakieś kłopoty lub kłopociki?

AP: Nie - nie dotarły do mnie żadne sygnały. Jednak moja sytuacja zawodo- wa zmieniła się znacznie i obecnie przy- wiązany jestem jedynie do moich imion z czasu panowania.

B: Jak wspominasz ostatni urlop, który spędziłeś w Wielkiej Brytanii?

AP: Rewelacja. Dawno już tak dobrze nie odpocząłem. Szczególnie cieszę się z możliwości spotkania - a niekiedy poz- nania - moich dobrych znajomych z mi- kronacji. Londyn był pierwszym miastem, w którym nie poczułem się jak za gra- nicą. Może to z powodu jakiej-takiej znajomości języka, a może to jego kos- mopolityczność. Na pewno nie działał tu- taj fakt, że każdego dnia co najmniej raz słyszałem polski język. Może to, że jes- tem po prostu anglofilem, choć nieko- niecznie już tej współczesnej, moderni- zującej się na gwałt Wielkiej Brytanii.

B: Ostatnie pytanie. Z wiadomych powodów zaakceptuję najprostszą odpowiedź - tak, nie - i niech reszta się domyśla, co to znaczy. Generał (?) Jaruzelski - tak czy nie? 

AP: Powiem tak - paradoksalnie, dzięki zabawie w Dreamland, temu, iż w tej zabawie byłem głową naszej mikronacji, mam inne spojrzenie na tę osobę i nie byłbym skłonny tak łatwo oceniać. Na- prawdę nie wiem. Nie tak łatwo jest podejmować ostateczne decyzje w ta- kim wymiarze. Skoro ja odczuwałem ich ciężar w zabawie przecież, to jakże wię- kszy jest ich ciężar realnie... 

B: Jest coś, co chcesz przekazać czy- telnikom?

AP: Chciałem pogratulować redakcji "Głosu Weblandu", że gazeta wraca do życia - mam nadzieję, że na dłużej. Czytelnikom dziękuję za czas pośwęcony na lekturę tego wywiadu.

B: Przyznasz się, że pomyliłeś nazwę "Głos Weblandu" z "Gazetą web- landzką"?

AP: Przyznaję i przepraszam. Zbyt długo nie miałem okazji czytać.

B: Arturze, dziękuję za ten wyczer- pujący i jakże ciekawy wywiad. Ja czytelnikom będę życzyć wesołych świąt, bo to ostatnia okazja za- pewne, aby zrobić to na łamach "GW" w tym roku.

AP: Przyłączam się do życzeń.