|
|||||
JdB: Czym wytłumaczyć wyraźny wzrost sympatii dla idei lewicowych w świecie mikronacji?
W sierpniu komuniści znaleźli się nawet w parlamencie egzotycznej i słabo u nas znanej
Federacji Al Rajn, tej samej, którą jeszcze kilka lat temu Michaś Winnicki nazywał po
prostu "gówniarską dziczą". Notabene Al Rajn, który liczy obecnie blisko trzykrotnie
więcej aktywnych obywateli niż Dreamland, to obecnie - w moim od- czuciu - ścisła
mikronacyjna czołówka, przynajmniej jeśli chodzi o rynek prasowy i dynamikę życia
politycznego.
AdA: Komuniści z Al Rajn (podobnie, jak tamtejsi nacjonaliści) to nie lewica ani
prawica, to interesujący happening. Nie chciałbym ująć niczego Sułtanatowi - to
faktycznie dynamiczna, ciekawa i warta najwyższej uwagi mikronacja. Ich nadzwyczajna
aktywność skłania mnie do przypuszczenia, że mamy do czynienia z tzw. "casusem Lema" -
Al Rajn jest w rzeczywistości komórką sarmackich służb specjalnych, tak jak nasz wybitny
pisarz był komórką KGB. A na poważnie - "rański komunizm" ma tyle wspólnego z lewicą, co
"irlandzki nacjonalizm" z prawicą; czyli - miewa przebłyski. Mam wrażenie, że Al Rajn
rządzi się swoimi prawami, a istota jego dynamicznej polityki nie tkwi w obecności na
scenie politycznej żadnej konkretnej opcji. Poza tym jednym przypadkiem szczególnego
wzrostu zainteresowania wartościami lewicowymi nie dostrzegam. No, w KD. Może
troszkę w Sarmacji i nieco bardziej jeszcze na lewo w Wandystanie. Ale nawet niewielki
wzrost oczywiście mnie cieszy - cieszyłoby mnie też pojawienie się prawicy rozumianej
inaczej niż "cicha zgoda" na stary porządek lub opcja "trochę tak, trochę tak"; brakuje
mi wirtualnej nouvelle droite (chociaż o szczegółach należałoby oczywiście dłużej
pomówić).
JdB: Swego czasu mieliśmy giełdę papierów wartościowych, jakieś odpowiedniki banków
komercyjnych, pewną liczbę prywatnych przedsię- biorstw i odosobnione przypadki
defraudacji publicznych pieniędzy. Kapitalizm dreamlandzki zawsze był jednak
kapitalizmem problematycznym. Wydaje się, że zanik życia gos- podarczego Królestwa
nastąpił wraz z końcem umownej epoki eMBe i intronizacją dynastii jurystów. Nastąpiło coś
więcej, niż tylko subtelne przesunięcie akcentów. Jednocześnie w Królestwie rozpoczęła
się powolna implozja demograficzna, której jedną z przyczyn było, być może, stopniowe
ograniczanie możliwości autokreacji - właśnie na płaszczyźnie ekonomicznej. Dużo
straciliśmy wskutek braku systemu gospodarczego? Marks powiedziałby pewnie, że wszystko.

AdA: Marks w zaświatach zapewne oddałby głos Debordowi i współczesnym teoretykom
społeczeństwa informacyj- nego. Ale zostając na tym padole - stracilismy na pewno wiele.
Straciliśmy wiele, czekając na Piwonię (której byłem swego czasu rzecznikiem), a teraz
na Benebruza. Straciliśmy polityczną moty- wację, okazję do zatrzymania wielu obywateli.
Pozbawione kupców forum opustoszało, więc i nie było komu dyskutować o sprawach
najistot- niejszych. Zaniknęły tradycyjne kategorie polityczne, podziały i napięcia. I tak
dalej, i tak dalej. Istotniejsze wydaje mi się to, że w tej chwili próba uruchomienia
samodzielnego systemu gospodarczego skazana jest na porażkę. W warunkach wirtualnych nie
da się "robić gospodarki" w pięć osób, czego nie zauważa Król i wielu urzędników, a
także część naszych dinozaurów. Nawet, jeśli siłą entuzjazmu i rozpędu wprawimy SG w
ruch, to wkrótce, mówiąc kolokwialnie, i tak zdechnie. Dlatego choćby trzeba myśleć
o systemie gospodarczym w kategoriach działań zagranicznych, międzynarodo- wych.
JdB: W dyskusji na temat przyczyn obecnej apokalipsy najczęściej sięga się po dwa
kluczowe argumenty. Pierwszy z nich nazwijmy dla wygody argumentem zmiany pokoleniowej.
Zmienił się internet, zmieniły się oczekiwania jego użytkowników. Nowa generacja
inter- nautów to - podobno - osobniki, które nie wykazują większego zrozumienia dla naszej
zabawy. W świetle dokonujących się za naszymi plecami procesów mikronacje jawić się mogą
jako toporne, nieefektowne, powolne, ograniczone i płaskie. Królestwo Dreamlandu, które
z braku systemu gospodarczego w trudnym nawet do oszacowania stopniu opiera się na
pełnym żarliwości kulcie słowa pisanego (prasa, literatura, publiczne filipiki), w
wydaniu zaś mniej odświętnym - po prostu na żelaznej dyscyplinie języka, ubierając
niektórych naszych dygnitarzy w buty klasyków retoryki staropolskiej, otóż uładzone i
poprawne Królestwo Dreamlandu, pań- stwo literatów, publicystów, krytyków literackich,
historiografów i jurystów, stoi w świetle takiej diagnozy na przegranej pozycji. Od
ubarwiania życia inter- netowych ekshibicjonistów z nadmiarem wolnego czasu są dziś
blogosfera, interaktywne fora internetowe i dziennikarstwo obywatelskie, gdzie można
wszystko, w hurtowych ilościach, w błyskawicznym tempie, i to na oczach setek tysięcy
ciekawskich. W ten sposób próbuje się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego nas nie
przybywa. Receptą mają być rozwiązania w rodzaju wspomnianej już e-ulotki promocyjnej
autorstwa barona Taheto. "Krótki i nieskomplikowany komunikat dla dzisiej- szego
użytkownika", stwierdza minister. Jeśli internauta nie zrozumie przekazu, "po prostu
pójdzie sobie gdzie indziej". Czy jedyną reakcją na wymieranie naszego osłabionego
gatunku ma być zasysanie wtórnych analfabetów w wieku gimnazjalnym? Niczym biały
mieszkaniec amerykańskiego Południa wycedzę po prostu: Nie takich sąsiadów sobie
życzyłem.
AdA: Jeśli ustawimy na moment Dreamland czy dreamlandzkość na pozycji kultury wysokiej -
co zrobił Pan Redaktor, z czym ja się przynajmniej po części zgadzam, a co na pewno
widoczne jest od dawna w opinii publicznej samego KD - to możemy przypomnieć sobie o
zagrożeniach, jakie w urynkowieniu takowej widział Adorno. Oczywiście, pewne
niebezpieczeństwo wiąże się z tym, że "nowa generacja internautów" swoją bytność w sieci
opiera na innych przesłankach. Ale kto wie, czy nie jest większym zagrożeniem fakt, że
sami nie dostrzegamy już właściwych przesłanek, że zanurzenie KD w szerszym internetowym
horyzoncie przesłoniło i obudowało pozorami nasze własne przekonania na temat istoty
mikronacyjności. Nie chciałbym być posądzony o strukturalny esencjalizm czy jakiś tani
elitaryzm, ale - mikronacje swoją polityczną specyfiką stoją, jak pisałem już powyżej.
Promocja jest oczywiście rzeczą istotną, tak samo - atrakcyjna infrastruktura
informatyczna. Ale naszą wyjątkowość powinniśmy budować na odświeżonej idei wirtualnej
państwowości (podkreślmy: państwo- wości) i na tym, co się z nią wiąże. A na tej
płaszczyźnie znajdzie się miejsce nie tylko dla posłów i ministrów, ale dla wszystkich,
o których Pan pisał powyżej - literatów, publicystów, jurystów, his- toryków. Dajmy im
tylko powody, by uwierzyli, że Dreamland jest mikronacją, a nie jedynie forum i archiwum
nieświeżych refleksji o naturze "współczesnego internauty".
Jdb: Drugi argument nazwiemy argumentem postapokaliptycznym. Jeśli zgodzić się z tezą,
że podstawowym rysem państwa wirtualnego jest jego ludyczność - dostarczanie rozrywki,
zabawa bez scenariusza, bez końca i bez niepotrzebnych przerw - to, obserwując
statystyki, wypada tylko skonstatować, że mikronacje w swej dotychczasowej formie po
prostu przestają nas bawić. Na podobieństwo filmu, choćby i niegłu- piego, który
widzieliśmy po wielokroć, państwo internetowe już nie wywołuje w nas gwałtowniejszych
emocji. Wszystko już było i to we wszystkich możliwych konfiguracjach. W ten sposób
próbuje się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego nas ubywa. Nawet propo- nowana zmiana
ustroju jawi się jako powrót do prostszego, wcześniej wypróbowanego wariantu. Dzisiejsze
elity, obecne tutaj od lat, przebierają nogami. Jeśli remedium na dzisiejsze bolączki ma
być hasło pracy u podstaw -
w ramach modelu, w którym każdy obywatel, powodowany jakimś
patrio- tycznym odruchem, odnajdzie swoje miejsce w społecznym szeregu i z pieśnią na
ustach zajmie się uprawą przypi- sanego mu poletka, to, powiedzmy sobie szczerze, wciąż
tkwić będziemy w czarnej dupie. W to już graliśmy mając lepsze karty w dłoni i nawet w
najpomyślniejszych dla nas latach nie zbliżyliśmy się do powszechnie satys- fakcjonującego
stanu. Dochodzimy zatem do bolesnego paradoksu: jedynym sposobem na przedłużenie naszej
ekskluzywnej zabawy ma być zgoła niezabawna i czasochłonna praca. Żarliwość zamiast
beztroski, konse- kwentne poświęcenie zamiast sponta- niczności. A i to bez żadnej gwarancji
ostatecznego powodzenia. Lubi Pan Biesy? Więc po raz ostatni zapytam, tym razem
wchodząc w buty rozżalonego Piotra Stiepanowicza Wierchowień- skiego: Stawrogin! Co z
naszą Ameryką? Co z naszą piękną ideą?

AdA: Powiem szczerze - nie przepadam, to zdecydowanie nie jest mój ulubiony Dostojewski.
Ale abstrahując już od niego, zamiast idei - wolałbym mówić o dyskursie. Przełomem
byłoby dostrzeże- nie przez Dreamlandczyków, że ich działania podyktowane są (w większej
mierze, niż jesteśmy skłonni sądzić) kształtem Królestwa. Że nie wystarczy pracować
"solidnie", "uczciwie" i "na miarę swoich możliwości", bo efekty nie zależą tylko od
naszego patriotycznego zrywu, ale od ram, w jakich ten zryw się odbędzie. Pamięta Pan
Baudelaire'owskie chimery? Mam pod ręką książkę, może zacytuję fragment: "Zwróciłem się
do jednego z tych ludzi i zapytałem, dokąd tak idą. Powiedział, że nie ma pojęcia, ani
on, ani jego towarzysze, ale z pewnością dokądś idą, czują bowiem nieodpartą potrzebę
wędrowania. Osobliwość godna uwagi: żaden z idących nie zdradzał niechęci do dzikiej
bestii ściskającej mu szyję i lgnącej do pleców, uznając ją widocznie za część siebie
samego." Należy jednak pamiętać, że jest ciężar większy niż tamte chimery -
przytłaczająca flaneura Obojętność.
JdB: Znany jest Pan ze swoich teo- retyczno-literackich fascynacji. Wspomi- nał Pan kiedyś,
że nosi się z zamiarem utworzenia czegoś w rodzaju instytutu badań nad fenomenem
literatury powstającej w przestrzeni mikrona- cyjnej.
AdA: Tak, miałem kilka interesujących, jak sądzę, pomysłów. Ogólna idea była taka, żeby
zamiast przenosić podstawy badań literackich na grunt wirtualny, przenieść tekst
wirtualny (w jego swoistości) na grunt współczesnych badań literackich. I to z
zastosowaniem narzędzi dość obcych dzisiejszej krytyce "realowej", np. cybernetyki.
Materiałów jest sporo, ale cóż - nie zdążyłem.
JdB: Po niespełna dwóch miesiącach tułaczki wrócił do nas Krzysztof Jazłowiecki. Może
więc i Pan wróci? Tymczasem - gasimy światło. Kilka ciepłych słów na pożegnanie z
żyjącymi. Farewell Alchiena d'Archien.
AdA: Są dwa cytaty, które towarzyszą mi w życiu wirtualnym. Pierwszy (mam nadzieję, że
mi Pan wybaczy) samego de Brolle'a, te słowa zdobią od dawna stronę Weblandu: "Tylko
jednostki inwestujące w wyobraźnię mogą czerpać z naszej zabawy satysfakcję". Drugi - z
Pawła Svobody: "Liczy się ferment". Od siebie dodałbym do tych dwóch chyba tylko jedno -
społeczność wirtualna jest w pierwszej kolejności społecznością. Jako społeczność
właśnie - Dreamland dał mi bardzo wiele.
JdB: Dziękuję za rozmowę. To była przyjemność.
AdA: Cała po mojej stronie. Dziękuję serdecznie.