Nr 44
Arona, grudzień 2009
PWW "PRASA"
© RK v 3.0
kontakt: bebert@op.pl

Wkładki:
archiwum
redakcja

  strona   1   2   3   4   5   6   7   8   9   10  

cd. ze str. 3

JdB: Czym wytłumaczyć wyraźny wzrost sympatii dla idei lewicowych w świecie mikronacji? W sierpniu komuniści znaleźli się nawet w parlamencie egzotycznej i słabo u nas znanej Federacji Al Rajn, tej samej, którą jeszcze kilka lat temu Michaś Winnicki nazywał po prostu "gówniarską dziczą". Notabene Al Rajn, który liczy obecnie blisko trzykrotnie więcej aktywnych obywateli niż Dreamland, to obecnie - w moim od- czuciu - ścisła mikronacyjna czołówka, przynajmniej jeśli chodzi o rynek prasowy i dynamikę życia politycznego.

AdA: Komuniści z Al Rajn (podobnie, jak tamtejsi nacjonaliści) to nie lewica ani prawica, to interesujący happening. Nie chciałbym ująć niczego Sułtanatowi - to faktycznie dynamiczna, ciekawa i warta najwyższej uwagi mikronacja. Ich nadzwyczajna aktywność skłania mnie do przypuszczenia, że mamy do czynienia z tzw. "casusem Lema" - Al Rajn jest w rzeczywistości komórką sarmackich służb specjalnych, tak jak nasz wybitny pisarz był komórką KGB. A na poważnie - "rański komunizm" ma tyle wspólnego z lewicą, co "irlandzki nacjonalizm" z prawicą; czyli - miewa przebłyski. Mam wrażenie, że Al Rajn rządzi się swoimi prawami, a istota jego dynamicznej polityki nie tkwi w obecności na scenie politycznej żadnej konkretnej opcji. Poza tym jednym przypadkiem szczególnego wzrostu zainteresowania wartościami lewicowymi nie dostrzegam. No, w KD. Może troszkę w Sarmacji i nieco bardziej jeszcze na lewo w Wandystanie. Ale nawet niewielki wzrost oczywiście mnie cieszy - cieszyłoby mnie też pojawienie się prawicy rozumianej inaczej niż "cicha zgoda" na stary porządek lub opcja "trochę tak, trochę tak"; brakuje mi wirtualnej nouvelle droite (chociaż o szczegółach należałoby oczywiście dłużej pomówić).

JdB: Swego czasu mieliśmy giełdę papierów wartościowych, jakieś odpowiedniki banków komercyjnych, pewną liczbę prywatnych przedsię- biorstw i odosobnione przypadki defraudacji publicznych pieniędzy. Kapitalizm dreamlandzki zawsze był jednak kapitalizmem problematycznym. Wydaje się, że zanik życia gos- podarczego Królestwa nastąpił wraz z końcem umownej epoki eMBe i intronizacją dynastii jurystów. Nastąpiło coś więcej, niż tylko subtelne przesunięcie akcentów. Jednocześnie w Królestwie rozpoczęła się powolna implozja demograficzna, której jedną z przyczyn było, być może, stopniowe ograniczanie możliwości autokreacji - właśnie na płaszczyźnie ekonomicznej. Dużo straciliśmy wskutek braku systemu gospodarczego? Marks powiedziałby pewnie, że wszystko.



AdA: Marks w zaświatach zapewne oddałby głos Debordowi i współczesnym teoretykom społeczeństwa informacyj- nego. Ale zostając na tym padole - stracilismy na pewno wiele. Straciliśmy wiele, czekając na Piwonię (której byłem swego czasu rzecznikiem), a teraz na Benebruza. Straciliśmy polityczną moty- wację, okazję do zatrzymania wielu obywateli. Pozbawione kupców forum opustoszało, więc i nie było komu dyskutować o sprawach najistot- niejszych. Zaniknęły tradycyjne kategorie polityczne, podziały i napięcia. I tak dalej, i tak dalej. Istotniejsze wydaje mi się to, że w tej chwili próba uruchomienia samodzielnego systemu gospodarczego skazana jest na porażkę. W warunkach wirtualnych nie da się "robić gospodarki" w pięć osób, czego nie zauważa Król i wielu urzędników, a także część naszych dinozaurów. Nawet, jeśli siłą entuzjazmu i rozpędu wprawimy SG w ruch, to wkrótce, mówiąc kolokwialnie, i tak zdechnie. Dlatego choćby trzeba myśleć

o systemie gospodarczym w kategoriach działań zagranicznych, międzynarodo- wych.

JdB: W dyskusji na temat przyczyn obecnej apokalipsy najczęściej sięga się po dwa kluczowe argumenty. Pierwszy z nich nazwijmy dla wygody argumentem zmiany pokoleniowej. Zmienił się internet, zmieniły się oczekiwania jego użytkowników. Nowa generacja inter- nautów to - podobno - osobniki, które nie wykazują większego zrozumienia dla naszej zabawy. W świetle dokonujących się za naszymi plecami procesów mikronacje jawić się mogą jako toporne, nieefektowne, powolne, ograniczone i płaskie. Królestwo Dreamlandu, które z braku systemu gospodarczego w trudnym nawet do oszacowania stopniu opiera się na pełnym żarliwości kulcie słowa pisanego (prasa, literatura, publiczne filipiki), w wydaniu zaś mniej odświętnym - po prostu na żelaznej dyscyplinie języka, ubierając niektórych naszych dygnitarzy w buty klasyków retoryki staropolskiej, otóż uładzone i poprawne Królestwo Dreamlandu, pań- stwo literatów, publicystów, krytyków literackich, historiografów i jurystów, stoi w świetle takiej diagnozy na przegranej pozycji. Od ubarwiania życia inter- netowych ekshibicjonistów z nadmiarem wolnego czasu są dziś blogosfera, interaktywne fora internetowe i dziennikarstwo obywatelskie, gdzie można wszystko, w hurtowych ilościach, w błyskawicznym tempie, i to na oczach setek tysięcy ciekawskich. W ten sposób próbuje się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego nas nie przybywa. Receptą mają być rozwiązania w rodzaju wspomnianej już e-ulotki promocyjnej autorstwa barona Taheto. "Krótki i nieskomplikowany komunikat dla dzisiej- szego użytkownika", stwierdza minister. Jeśli internauta nie zrozumie przekazu, "po prostu pójdzie sobie gdzie indziej". Czy jedyną reakcją na wymieranie naszego osłabionego gatunku ma być zasysanie wtórnych analfabetów w wieku gimnazjalnym? Niczym biały mieszkaniec amerykańskiego Południa wycedzę po prostu: Nie takich sąsiadów sobie życzyłem.

AdA: Jeśli ustawimy na moment Dreamland czy dreamlandzkość na pozycji kultury wysokiej - co zrobił Pan Redaktor, z czym ja się przynajmniej po części zgadzam, a co na pewno widoczne jest od dawna w opinii publicznej samego KD - to możemy przypomnieć sobie o zagrożeniach, jakie w urynkowieniu takowej widział Adorno. Oczywiście, pewne niebezpieczeństwo wiąże się z tym, że "nowa generacja internautów" swoją bytność w sieci opiera na innych przesłankach. Ale kto wie, czy nie jest większym zagrożeniem fakt, że sami nie dostrzegamy już właściwych przesłanek, że zanurzenie KD w szerszym internetowym horyzoncie przesłoniło i obudowało pozorami nasze własne przekonania na temat istoty mikronacyjności. Nie chciałbym być posądzony o strukturalny esencjalizm czy jakiś tani elitaryzm, ale - mikronacje swoją polityczną specyfiką stoją, jak pisałem już powyżej. Promocja jest oczywiście rzeczą istotną, tak samo - atrakcyjna infrastruktura informatyczna. Ale naszą wyjątkowość powinniśmy budować na odświeżonej idei wirtualnej państwowości (podkreślmy: państwo- wości) i na tym, co się z nią wiąże. A na tej płaszczyźnie znajdzie się miejsce nie tylko dla posłów i ministrów, ale dla wszystkich, o których Pan pisał powyżej - literatów, publicystów, jurystów, his- toryków. Dajmy im tylko powody, by uwierzyli, że Dreamland jest mikronacją, a nie jedynie forum i archiwum nieświeżych refleksji o naturze "współczesnego internauty".

Jdb: Drugi argument nazwiemy argumentem postapokaliptycznym. Jeśli zgodzić się z tezą, że podstawowym rysem państwa wirtualnego jest jego ludyczność - dostarczanie rozrywki, zabawa bez scenariusza, bez końca i bez niepotrzebnych przerw - to, obserwując statystyki, wypada tylko skonstatować, że mikronacje w swej dotychczasowej formie po prostu przestają nas bawić. Na podobieństwo filmu, choćby i niegłu- piego, który widzieliśmy po wielokroć, państwo internetowe już nie wywołuje w nas gwałtowniejszych emocji. Wszystko już było i to we wszystkich możliwych konfiguracjach. W ten sposób próbuje się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego nas ubywa. Nawet propo- nowana zmiana ustroju jawi się jako powrót do prostszego, wcześniej wypróbowanego wariantu. Dzisiejsze elity, obecne tutaj od lat, przebierają nogami. Jeśli remedium na dzisiejsze bolączki ma być hasło pracy u podstaw -

w ramach modelu, w którym każdy obywatel, powodowany jakimś patrio- tycznym odruchem, odnajdzie swoje miejsce w społecznym szeregu i z pieśnią na ustach zajmie się uprawą przypi- sanego mu poletka, to, powiedzmy sobie szczerze, wciąż tkwić będziemy w czarnej dupie. W to już graliśmy mając lepsze karty w dłoni i nawet w najpomyślniejszych dla nas latach nie zbliżyliśmy się do powszechnie satys- fakcjonującego stanu. Dochodzimy zatem do bolesnego paradoksu: jedynym sposobem na przedłużenie naszej ekskluzywnej zabawy ma być zgoła niezabawna i czasochłonna praca. Żarliwość zamiast beztroski, konse- kwentne poświęcenie zamiast sponta- niczności. A i to bez żadnej gwarancji ostatecznego powodzenia. Lubi Pan Biesy? Więc po raz ostatni zapytam, tym razem wchodząc w buty rozżalonego Piotra Stiepanowicza Wierchowień- skiego: Stawrogin! Co z naszą Ameryką? Co z naszą piękną ideą?



AdA: Powiem szczerze - nie przepadam, to zdecydowanie nie jest mój ulubiony Dostojewski. Ale abstrahując już od niego, zamiast idei - wolałbym mówić o dyskursie. Przełomem byłoby dostrzeże- nie przez Dreamlandczyków, że ich działania podyktowane są (w większej mierze, niż jesteśmy skłonni sądzić) kształtem Królestwa. Że nie wystarczy pracować "solidnie", "uczciwie" i "na miarę swoich możliwości", bo efekty nie zależą tylko od naszego patriotycznego zrywu, ale od ram, w jakich ten zryw się odbędzie. Pamięta Pan Baudelaire'owskie chimery? Mam pod ręką książkę, może zacytuję fragment: "Zwróciłem się do jednego z tych ludzi i zapytałem, dokąd tak idą. Powiedział, że nie ma pojęcia, ani on, ani jego towarzysze, ale z pewnością dokądś idą, czują bowiem nieodpartą potrzebę wędrowania. Osobliwość godna uwagi: żaden z idących nie zdradzał niechęci do dzikiej bestii ściskającej mu szyję i lgnącej do pleców, uznając ją widocznie za część siebie samego." Należy jednak pamiętać, że jest ciężar większy niż tamte chimery - przytłaczająca flaneura Obojętność.

JdB: Znany jest Pan ze swoich teo- retyczno-literackich fascynacji. Wspomi- nał Pan kiedyś, że nosi się z zamiarem utworzenia czegoś w rodzaju instytutu badań nad fenomenem literatury powstającej w przestrzeni mikrona- cyjnej.

AdA: Tak, miałem kilka interesujących, jak sądzę, pomysłów. Ogólna idea była taka, żeby zamiast przenosić podstawy badań literackich na grunt wirtualny, przenieść tekst wirtualny (w jego swoistości) na grunt współczesnych badań literackich. I to z zastosowaniem narzędzi dość obcych dzisiejszej krytyce "realowej", np. cybernetyki. Materiałów jest sporo, ale cóż - nie zdążyłem.

JdB: Po niespełna dwóch miesiącach tułaczki wrócił do nas Krzysztof Jazłowiecki. Może więc i Pan wróci? Tymczasem - gasimy światło. Kilka ciepłych słów na pożegnanie z żyjącymi. Farewell Alchiena d'Archien.

AdA: Są dwa cytaty, które towarzyszą mi w życiu wirtualnym. Pierwszy (mam nadzieję, że mi Pan wybaczy) samego de Brolle'a, te słowa zdobią od dawna stronę Weblandu: "Tylko jednostki inwestujące w wyobraźnię mogą czerpać z naszej zabawy satysfakcję". Drugi - z Pawła Svobody: "Liczy się ferment". Od siebie dodałbym do tych dwóch chyba tylko jedno - społeczność wirtualna jest w pierwszej kolejności społecznością. Jako społeczność właśnie - Dreamland dał mi bardzo wiele.

JdB: Dziękuję za rozmowę. To była przyjemność.

AdA: Cała po mojej stronie. Dziękuję serdecznie.