|
|||||
Viagry i igrzysk!
A gdybym tak jeszcze trochę pospał i zapomniał o wszystkich głupstwach.
- Gregor Samsa
Przemiana musi boleć, fizycznie i psychicznie. Kiedy Jeff Goldblum zaczyna zmieniać się w gigantyczną muchę (Mucha, Sarmacja 1986), kiedy przypadkowy urzędnik przeis- tacza się w obcego (Dystrykt 9, Erboka 2009), akceptacja przy- chodzi stopniowo - ciało wie, głowa jeszcze się opiera. Najtrudniejsze jest rozpoznanie nowego stanu rze- czy. Jeśli po pierwszej dysze chcemy złapać drugi oddech, Brundle Mucha powinien stać się bohaterem naszej wspólnej bajki.
Kryzys można postrzegać dwojako: jako chwilowe przesilenie lub jako wyczer- panie dotychczasowej formuły. Jeśli mamy do czynienia jedynie z rezultatem zaniedbywania obowiązków, lenistwa, błędnych decyzji kadrowych - wtedy rzeczywiście ratunku należy poszukiwać w "robieniu przynajmniej minimum tego, co do nas należy" (JKW Paweł) lub w dbałości o świeży zaciąg (JKM), który zastąpi wypalonych janczarów.
Nic jednak nie zwiastuje zmiany po- koleniowej. Nie ma również przesłanek uzasadniających jej potrzebę. Od lat najaktywniejszymi dyskutantami pozosta- ją te same osoby, często pamiętające jeszcze Wielki Wybuch (nieśmiertelny Svoboda, ostatnio Jacques de Brolle). Kolejne rządy są formowane na zasadzie dokonywania wyboru z tej samej listy nazwisk, na którą jedynie w drodze wyjątku zdarza się trafić komuś spoza grona weteranów. Idolami kolejnych ekip rządzących stały się promocja, doradztwo, informacja. Król, kolejni sze-
fowie rady ministrów - nie dostrzegają, że zamiast zapraszać na pokład statku nowych pasażerów, oferować im wy- gody i ułatwienia, których onegdaj nie mieli skądinąd pomysłowi Jazłowiecki, Estreicher, d'Archien, Kalicki czy Svo- boda, powinni zająć się wymianą słodkiej wody w beczkach.
Nie drukujmy kolejnych afiszy - zreor- ganizujmy wypracowaną treść na własny użytek.
Kogo wreszcie mamy zamiar skaptować? Baron Taheto nie pozos- tawia złudzeń: wprowadzenie dla no- wych obywateli nie może być długie; wszak "dzisiejszy użytkownik musi szybko i łatwo znaleźć informacje, inaczej sobie pójdzie". Można odnieść wrażenie, że baron poszukuje towaru wybrakowa- nego.
Minister Taheto nie ma racji: z pew- nością wciąż gdzieś tam są rozwinięte układy nerwowe, które możemy dla siebie pozyskać. Jednak mikronacje są silne nie narybkiem, ale doświadczonymi wielorybami. Starcy też chcą się bawić: pragną, aby umożliwiono im satysfa- kcjonującą grę. A tutaj coś szwankuje. Odejście Estreichera, Jazłowieckiego, wycofanie się Rogacza, Alchiena d'Ar- chien - to straty, których nie da się odrobić pisząc ulotki. Osobowości nie zastąpimy. Zamiast liczyć na demogra- ficzną eksplozję, lepiej zastanowić się nad przyczyną rezygnacji tych, którzy jeszcze wiele mieli nam do zaoferowania.
W warunkach umownego kapitalizmu i dysfunkcjonalnej demokracji dekada to naprawdę długo. Po dziesięciu latach warunki dalszej zabawy ulegają zmianie. Skoro mamy do czynienia z lokalnym wahnięciem grawitacji, powinniśmy po- szukać nowego środka ciężkości. W po-

dobnym, jeśli nie identycznym tonie ut- rzymany jest tekst Lorda Dartha Kanzlera z "Wandei Ludu" Kryzys w MW, zag- rożenie czy szansa? W miejsce Wandy- stanu podstawmy Królestwo, oszczę- dzimy sobie wielu zbędnych powtórzeń.
Nie chodzi o rewolucję, ale o uświa- domienie sobie konieczności przepro- wadzenia zmian: usprawnienia systemu politycznego, autentycznego ożywienia prowincji, być może wprowadzenia jakiegokolwiek systemu gospodarczego, który generowałby różnice społeczne, a więc spór, dyskusję, iskrzenie. Ożywienia nie da się przeprowadzić wyłącznie systemowo - tu niewątpliwie racja jest po stronie Korony. Jednak w czasie pomoru i powszechnej apatii nawet najbardziej skrupulatne wypełnianie przez Króla funkcji strażnika ustroju, obrońcy prawa, to chyba trochę za mało. Król nie ma być moderatorem, ale mógłby być kimś więcej niż prawodawcą: inspiratorem, patronem, aktywnym uczestnikiem, inicjatorem debaty.
Obyśmy, jak bohater Przemiany Kafki, nie przespali zmiany. Wówczas przyjdzie nam bezradnie zadawać sobie pytanie - co się właściwie stało? Lepiej, niby Brundle, jak Wikus, stańmy przed lustrem i oceńmy straty. Efekciarskie kino od dawna uczy, że wraz z utratą dotychczasowego kształtu pojawiają się nowe możliwości. Ileż frajdy za cenę kilku zębów!
(Medgar de Rama)
Cały ten trud
Witold Wojtkiewicz urodził się we wsi pod weblandzkim Motley w ubogiej rodzinie wysokiego urzędnika prowincji. Jego aktywność artystyczna przypada na okres tzw. Młodego Dreamlandu. Wojt- kiewicz był samoukiem. Po krótko- trwałym flircie z windowsowym Paintem uległ fascynacji techniką olejną, której pozostał wierny aż do tajemniczego zniknięcia. Orka, olej na płótnie z drugiej połowy 2001 r., należący do cyklu tematycznego Ceremonie, jest jego najbardziej znanym obrazem okresu dojrzałej twórczości.
Dzieło należy odczytywać na dwóch płaszczyznach. Po pierwsze - jako ale- gorię sytuacji egzystencjalnej obywatela mikronacji. Jest to jednak interpretacja na tyle oczywista, że nie warto po- świecać jej zbyt wiele uwagi. Twarda skiba, wiatr i ziąb, opuszczona głowa błazna. Pozbawiony nagrody, bezprzed- miotowy trud. Horyzont - odległy, zimny i pusty - nie daje nadziei wytchnienia. Na drugim planie dynamicznie idzie się w górę, tu z męką człapie się w dół. I czy
to nie bydlęca czaszka patrzy na nas z traw u stóp postaci? To wszystko, a na- wet więcej, już dawno wiemy, choć wciąż cierpimy tak samo.
Po wtóre, jako zobrazowanie starego weblandzkiego obyczaju wykonywania pierwszej jesiennej orki początkowo przez króla, następnie przez namiestnika, w stroju nadwornego trefnisia. Dziś trudno już dociec genezy tego pra- dawnego, dawno zaniechanego aktu symbolicznego. Wydaje się, iż ceremoniał miał podkreślać bliskość władzy i pros- tego ludu. Znawcy tematu przypusz- czają również, iż pierwotnie mogło chodzić o potrzebę zapewnienia ruchu monarsze, który, jak widzimy, przedsta- wiony został jako postać cokolwiek korpulentna. Czyżby jednorazowa prze- bieżka przebranego dla niepoznaki króla przerodziła się w corocznie ponawiany akt odnowienia więzów łączących wspól- notę?
Władcę rozpoznajemy po delikatnych, wąskich i długich dłoniach intelektualisty i tylnej kieszeni kombinezonu, którą wy- pychają insygnia władzy. Szczupłość rąk i szyi kontrastuje z nienaturalną obszer- nością stroju roboczego. Barczysta syl-
wetka o nisko położonym środku cięż- kości zdaje się zapierać trepem o ramę i w mozole popychać kadr przed obser- watorem.
Co wyraża oblicze błazna? Jaka myśl kryje się za maską? Czy makijaż znaczony jest śladem łzy, czy też w istocie patrzymy na gorzki grymas gniewu? Z całą pewnością dłonie oracza spoczywają na topornym narzędziu z dziwną delikatnością. Jednak czy jest to lekkość gestu, czy raczej brak wprawy?
Nie ma to większego znaczenia dla konia, który ze ślepiami nabiegłymi krwią re- sztką sił brnie przed siebie. Jest to zwierzę, jak na wirtualne warunki przy- stało, z prefabrykatów. Jego szczery trud pointuje dzieło. Ruch nieba, strze- listość skarpy, wykrok klauna - kulminują w udręczonym pysku stworzenia.
Zatem z jednej strony alegoria losu ludzkiego, z drugiej - konkretna sytuacja historyczna i obyczajowa. Odczytania Orki nie wyczerpują się w tej alter- natywie. Krytycy i komentatorzy przy- glądali się dziełu Wojtkiewicza na prze- różne sposoby.
Kim orze król-błazen? Czy aby nie ludem? A może, paradoksalnie, należy odwrócić sytuację: może to kapryśny lud orze królem? Kim jest widoczny na drugim planie przysadzisty chłop? Jego szkapa wygląda dużo lepiej od naszej! Czy to aby nie nasz bardziej zaawansowany technologicznie sąsiad-Sarmata? Czy konstrukcja spoczywająca na miedzy nie jest przypadkiem sarmackim traktorem? Dlaczego orzemy tak prymitywnym na- rzędziem? Te i inne pytania były po wielokroć stawiane przez admiratorów talentu Wojtkiewicza, z rozkładem ak- centów uzależnionym od aktualnej sytu- acji politycznej i społecznej.
Ostatnim obrazem Wojtkiewicza w cyklu Ceremonie był Format C:, przez kry- tyków uznawany za prefigurację kubiz- mu. Po jego ukończeniu malarz zaginął.
(Medgar de Rama)