|
|||||
Lamentacje na dzień dobry
Głos naczelnego
Generalnie i co do zasady – jest świetnie. Nowy rok przyniósł nowe, bardziej jeszcze zaawansowane wynaturzenia.
 
Gdy przed się siedmioma laty TomBond, fundator naszego świetnego Królestwa, intensywnie przemyśliwał nad adekwatną dla swego nowego tworu nazwą, z wielkim hukiem puściły stalowe zwieracze niebios, a gdzieś w międzygalaktycznej przestrzeni rozległ się posępny głos (jakby kto przez zęby mówił): Fiat Nova Roma! Nie usłyszał nasz bohater zagranicznego podszeptu, bo też niewiele słychać na ruchliwym skrzyżowaniu wielkiego miasta. W dobie proroków i sandałów rzemieniem wiązanych akustyka była jednak inna. Historyczną koniecznością jest obecnie pewna modyfikacja oficjalnej nazwy państwa i dyskretne dostosowanie jej do nowych warunków. Nie jest już bowiem kraina pięciu prowincji lądem beztroskich marzeń, a raczej dość sprawną tłocznią koszmarów.
 
Piekielne warunki bytowe dostrzegają nawet nowi obywatele; niektórym kontestatorom nie zdążono nawet podpisać paszportów, więc nadsyłane przez nich apele mają charakter korespondencji zagranicznej. Nieszczęśnicy wołają z żarem neofity o naprawę ich nowej rzeczpospolitej. Nawet ci się kiedyś naprostują, jak mawia cokolwiek osowiały Morfeusz Tyler – Belzebub z Solardii. Tymczasem na żałosne kwilenia idealistycznie usposobionych osesków nie pozostają głusi ich starsi koledzy, zdrowe zuchy, i wnet głośne podnosi się wycie, a w wyciu swym wpadają nasi zacni obywatele w trans godny chóru rozeźlonych basiorów. Dzika ruchawka na liście dyskusyjnej ma jednak również swoje dobre strony: ośmiela niektórych
mizantropów, wcześniej jakby dla świata straconych, do artykułowania swych monumentalnych refleksji. Efektem - ekscytujący amalgamat żalu, andronów i selektywnej pamięci. Gdyby istniał program zdolny do przekładania wartości merytorycznej publikowanych wypowiedzi na jakiś język naturalny, z naszych głośników niechybnie dobywałoby się permanentne kwiczenie i rzężenie, godne najdzikszych egzemplarzy Tolkienowskiego bestiariusza. Nie może być jednak inaczej, skoro każdy Dreamlandczyk okupuje odpowiedzialny i do częstych wystąpień zmuszający fotel dyrektorski: bodaj tylko jeden Cromwell nie posiada w Królestwie jakiegoś grodu czy kopalni na wyłączność
Zauważalne są jednak w Dreamlandzie tendencje pozytywne, hamujące ekspansję tych destruktywnych pierwiastków. Przed czterema miesiącami przedłożyłem swoim redakcyjnym kompanionom listę z nazwiskami pięciu obywateli, którzy w sposób oczywisty, przynajmniej z perspektywy weblandzkiego dziennikarza, zasłużyli na baczną uwagę. Wkład każdego z wyróżnionych w budowę naszej wirtualnej ojczyzny był różny, ale nigdy - znikomy. Gdy jeden w pocie czoła przedkładał projekty kolejnych aktów prawnych, drugi zapewniał ich skuteczne wykonanie. Byli wreszcie i tacy, którzy samą swoją obecnością świadczyli o ideologicznym pluralizmie, na jakim ufundowana jest nasza mała społeczność; knując i złorzecząc najwyższym administratorom państwa, stale wytrącali Dreamland z wygodnej koleiny jedynie słusznej koncepcji rozwoju.
Tak narodziła się idea wpisania naszych bohaterów w rodzący się właśnie poczet Dreamlandczyków Roku.
(Jaques de Brolle)
W numerze:
Żywoty Cezarów albo
Dreamlandczyk Roku 2004:
- Uwagi o imperium (str. 2)
- Żywot Williama (str. 4)
- Przede wszystkim republika
(str. 5)
- Wicekról (str. 6)
- Svoboda (str. 7)
Wołanie do Yeti:
- Do czterech razy sztuka (str. 8),
- Wybory (str. 9),
Koniec świata kumaków:
- Bitwa na szczotki i patelnie
(str. 10),
Wprawki neokolonialne:
- Po prostu Baridas (str. 11)

Ja mam wyobraźnię, a ty – rzeczywistość.
- Masłobojew,
bohater z galerii Dostojewskiego