Nr 35
Arona, maj 2005
PWW "PRASA"
© RK v 3.0
kontakt: debrolle@poczta.fm

Wkładki:
redakcja
reklama / ogłoszenie
współpraca

archiwum    |    salon prasy

  strona  1  2  3  4  5  6  7  8  9  10  11

Dreamlandczyk Roku 2004: Artur I Piotr
Uwagi o imperium

Galerię naszych bohaterów otwiera postać, która, zupełnie dla Dreamlandu wyjątkowo, nie tylko nie zdradza najmniejszych symptomów zaburzeń psychicznych, ale stanowi wręcz przykład umysłu najzupełniej zrównoważonego. Zadaniem trudnym, prawie niemożliwym, jest sporządzenie biogramu wciąż panującego monarchy w taki sposób, by nie otrzeć się o grzech hagiografii. W gruncie rzeczy daleki jestem od wykładania argumentów na rzecz tezy o boskim rodowodzie trzeciego króla Dreamlandu. Z pewnością nie odlewam tym szkicem kolejnego pomnika. Tych czytelników, którzy w ostatnich tygodniach odgwizdali śmierć kolejnego boga, przestrzegam jednak: walący się posąg potrafi zabić.

W ciągu siedmiu lat swej wirtualnej egzystencji miało Królestwo Dreamland trzech monarchów. Wbrew pojawiającym się tu i ówdzie sensacyjnym informacjom - jest to ustalenie pewne i nieodwołalne. Nieodłączną towarzyszką wszystkich naszych władców była zajadła krytyka, jakiej w pewnym momencie swego panowania stawali się wdzięcznym przedmiotem. Argument był zawsze jednakowy: autorytaryzm i jego mniej lub bardziej wyszukane synonimy. Jedna prawidłowość jest tutaj godna odnotowania - im mniejszą wiedzą na temat obiektu swych ataków wykazywał dany kontestator, w tym większą popadał zapalczywość.

Droga na szczyt

Przedmiotem pracy magisterskiej Artura Piotra Wewióry był prawotwórczy charakter orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego. Nic zatem dziwnego, że pierwsze swe kroki skierował przyszły król w kierunku gmachu Instytutu Prawa Uniwersytetu Królewskiego. Niemalże tuż po uzyskaniu obywatelstwa wystąpiłem z konkretnymi propozycjami udoskonalenia porządku prawnego. Starałem się również pamiętać, ze osoby nie zgadzające się z moimi propozycjami nie są moimi wrogami, lecz wychodzą z takich samych założeń jak ja - chęci udoskonalenia Dreamlandu- usłyszeliśmy w wywiadzie przeprowadzonym w czerwcu 2002 roku.

Swe pierwsze honorarium odebrał za prace nad projektem Konstytucji Księstwa Morlandu. Wkrótce tez przygotował ustawę zasadnicza dla republiki weblandzkiej. Szybko zyskał opinię wyjątkowo sprawnego jurysty. Przez długi czas doradzał Marcinowi "eMBe" Bartoszewskiemu, najpierw prezydentowi Weblandu, a później głowie całego państwa dreamlandzkiego. Rychło miało się okazać, że większą część dorobku prawnego monarchii stanowi efekt nocnych wysiłków pracowitego Weblandczyka. Praca Wewióry została doceniona; autor dziesiątków ustaw, rozporządzeń i regulacji szybko awansował; a obowiązującą do dziś konstytucję lipcową (2002) świętował już jako Namiestnik Koronny.

A. P. Wewióra był członkiem Królewskiej Komisji Kodyfikacyjnej (III - VI 2002), pierwszego tego typu tworu w Dreamlandzie. Nie mogliśmy osiągnąć kompromisu w sprawie ostatecznego kształtu ustawy zasadniczej - każdy z nas przedłożył osobny projekt. Poróżniła nas m. in. kwestia kompetencji głowy państwa: o ile we własnym projekcie zagadnienie prerogatyw królewskich podjąłem dopiero w trzydziestym siódmym artykule, Artur uczynił to już w drugim. Wiedziałem jednak, ze propozycja ówczesnego Namiestnika Weblandu sama w sobie była rozwiązaniem kompromisowym: panujący wówczas eMBe przedstawił bowiem projekt, który czynił z Dreamlandu państwo patrymonialne (m. in. przekształcenie rządu w radę doradczą i ograniczenie roli ciała przedstawicielskiego). Była to bomba, która rozsadziła Komisję od środka. Koniec końców prace nad konstytucją dobiegły do szczęśliwego końca i to Artur był tym, który wniósł do niej najwięcej własnych refleksji. W zakresie pozycji ustrojowej głowy państwa konstytucja w znacznym stopniu sankcjonowała status quo. Prerogatywy króla dreamlandzkiego zawsze były rozlegle: nowa ustawa zasadnicza stanowiła logiczną tego konsekwencję.

Arbiter

Jest takie jedno miejsce w Królestwie, do którego nie ma dostępu dreamlandzka dżungla z jej agresywnymi prawidłami. Sąd Królestwa, bo o nim mowa, stanowi fenomen w skali całego uniwersum państw wirtualnych. Na temat profesjonalizmu sędziego królewskiego Wewióry powiedziano dostatecznie dużo. Osobiście nigdy nie słyszałem, by Artur żalił się na językowe kalectwo naszych pieniaczy, a przecież do samej interpretacji, za duże słowo, do deszyfracji poszczególnych wniosków winna być przeznaczona osobna izba z odpowiednią aparaturą.

Jeśli miałbym dziś zachęcać naszych młodych opozycjonistów do jakiejkolwiek pouczającej lektury, to byłoby to archiwum sądowych orzeczeń. Czytając niektóre z nich często jeszcze parskam śmiechem, zawsze jednak z szacunkiem dla wykonanej pracy: takiego bowiem wytężenia uwagi i respektu dla detalu nie spotkałem w żadnym innym miejscu w tej dziwnej krainie. Sam Artur nigdy nie żartował ze swojej pracy, chyba nie był w stanie - przynajmniej w czasie naszych wspólnych rozmów. Traktował ją jak prace właśnie, a nie okazje do wykonania kolejnego fikołka.

Korona

Ta dziwna powaga - namaszczenie będzie tu odpowiedniejszym słowem - stanowi cierpliwą towarzyszkę kolejnych poczynań Artura: urzędnika, sędziego i króla wreszcie. Żadnych teatralnych gestów, żadnego prężenia mięsni do lustra czy pustych deklaracji. Przyznaję, że nie zawsze byłem w stanie racjonalnie uzasadnić ów szacunek dla "majestatu Korony" - idei zupełnie nieobecnej w świecie wirtualnym, gdzie każdy fraternizuje się z każdym. Artur chyba bardzo bał się tego, co kiedyś przecież musiało nastąpić: odczarowania tronu. Korona przede wszystkim.

Jako strażnik idei rzadko pozwalał sobie na przesadną otwartość, choć przed rokiem zdołał z siebie wydusić: [...] do Królestwa przybył zaciekawiony wędrowiec. Nie miał nic, niewiele mógł zaoferować - nie znał się na systemach informatycznych, nie dana mu była umiejętność lekkiego posługiwania się piórem. A mimo to został zauważony, dano mu poczuć, że jest potrzebny i że może się jakąś częścią swych marzeń podzielić. (z Proklamacji z okazji VI rocznicy powstania państwa).

Kolejna okazja do podobnych wyznań nadarzyła się w pierwszych tygodniach bieżącego roku, gdy na ogólnonarodowym czacie zebrały się trzy dziesiątki obywateli Królestwa. Niestety - dyskusja, mająca za tło teoretycznie dość poważne wydarzenia, szybko przerodziła się w błazenadę. Czy szczytem waszych ambicji jest robienie jaj z pogrzebu? - pytał retorycznie przed czterema laty rektor Atilla; gdy mimo wszystko usłyszał odpowiedz - zrezygnował z dalszej zabawy z jajcarzami.

Co może król

Król to król. Prawdę taką proklamował niedawno Artur I Piotr, monarcha dreamlandzki, swemu zdezorientowanemu poddanemu. Jeszcze kilka stuleci temu, a pewnie i nadal w niektórych częściach naszego globu, wypowiedź powyższa byłaby co najwyżej pospolitą tautologią. Król, panujący z woli Boga, reprezentował pewną bolesną konieczność, a jego prerogatywy zawarte były w istocie samego pojęcia. Ot, zwykły sąd analityczny, który w swym orzeczeniu wypowiada to tylko, co zawarte jest w podmiocie zdania. Czyżbyśmy mieli zatem do czynienia z darmową lekcją logiki, głoszoną w dodatku z wysokości wprost olimpijskiej, bo z poziomu Pałacu Królewskiego? A może jesteśmy świadkami osobliwego spektaklu, w którym biorą udział zwolennicy odmiennych doktryn prawno-politycznych? Nie tym razem.

Powszechnie znane są zarzuty, jakimi konsekwentnie obciążana jest polityka kadrowa Artura I Piotra. Lektura publicznych oświadczeń, regularnie wygłaszanych przez zwolenników utraconego Morfeusza skłania do takiej oto refleksji, że tron dreamlandzki okupowany jest przez wyjątkowo ociężały, pogańsko mroczny umysł. O iluminację dla władcy-tyrana apelują tedy zatroskani patrioci solardyjscy, tradycyjnie puentujac swoje monumentalne konstrukcje kunsztowną frazą: Nie chowaj się przed słońcem, ono jedyne daje ci wiarę w lepsze jutro. Chciałoby się rzec - szczytna sprawa.

cd. na str. 3

 r             e               k               l               a               m              a

Galeria Królewska: Filia w Motley