|
|||||
cd. ze str. 2
Przyjmijmy zatem, ze trzeci król Dreamlandu bytuje, przynajmniej intelektualnie, w duchowym klimacie trzeźwego - XI stulecia. Ta podejrzana myśl jest godna uwagi. H. Berman, nie dość u nas doceniany, w jednej ze swych prac obrazowo przedstawia obraz typowego władcy tamtych ponurych czasów. Jedność państwa ufundowana była nie na prawie powszechnym, lecz na osobie monarchy, a przede wszystkim na wierze w sakralny charakter jego władzy i zdolności cudotwórcze. Królowie nieustannie wędrowali po swym królestwie, aby tłumić powstania i wymierzać sprawiedliwość. Wielcy panowie, ich wasale, sprawowali władzę nie tyle jako królewscy przedstawiciele czy urzędnicy, lecz jako autonomiczni władcy. A zatem - król jako główny wojownik klanu i kluczowy baron w feudalnej hierarchii.
Mamy przecież w Dreamlandzie pięćdziesiąt ustaw - ktos pewnie zauważy. Są urzędnicy, jest parlament, a zdarza się, że i opozycja. Rzeczywistość jest jednak bardziej chropowata. Dorobek prawny Dreamlandu, często dowolnie interpretowany, tak jak krzyż w szkolnej izbie tłem jest dla licznych knowań małych antychrystów, na politycznej scenie Królestwa stanowi nieledwie dziwną dekorację. Parlament? Słabo oheblowane przedłużenie stołu narad rządu federalnego. A może sam rząd? Płonne nadzieje. Aspiracje kolejnych gabinetów kończą się na funkcji konsultacyjnej, rzadziej już - wykonawczej. Osią dla działań funkcjonariuszy federalnych, ale i wszystkich innych, jest Pałac w Ekorre.
Skała
Fundamentem dzisiejszego Dreamlandu jest Artur Piotr Wewióra. W ostatnich miesiącach obserwowaliśmy dynamiczny i konsekwentny proces rozwoju autentycznej centrali decyzyjnej monarchii dreamlandzkiej: wąsko rozumianego Dworu i Kancelarii Królewskiej. Osoby, które formalnie nie piastują żadnych eksponowanych a przewidzianych w konstytucji funkcji, faktycznie stanowią o kluczowych dla naszej społeczności sprawach. Ostatnie słowo zawsze należy jednak do króla, który - często bezpośrednio w trakcie prywatnej rozmowy - wyznacza normy i standardy zachowania. Chętnie widziałbym w Dworze prototyp jakiejś nowej rady, rodzaj efektywnego superrządu. Wydaje się jednak, że nasze gremium szarych eminencji to po prostu efekt moralnej solidarności garstki
doświadczonych obywateli z osobą osamotnionego monarchy.
Król dreamlandzki i panuje, i rządzi. Ale czy może być inaczej, skoro kolejni urzędnicy raz po raz bezradnie rozkładają ręce? Gdy ministrom nie starcza kompetencji? Któż, w miejsce krytykowanego króla, ferować ma wyroki w gmachu Sądu? Wszystko to pytania retoryczne. W marcu 2002 roku Artur P. Wewióra zwrócił się w specjalnym orędziu do obywateli Republiki. Pisał o potrzebie wspólnego działania, niekoniecznie - jak sam zaznaczał - heroicznego: [...] zdecydowanie bardziej potrzebne są przejawy autentycznego zainteresowania wręcz drobiazgami, bo te drobiazgi składają się w końcu na sprawy wagi państwowej. Pozornie - nihil novi w dziejach myśli prawno-administracyjnej. Trzy lata za nami, a apel wciąż pozostaje aktualny. Bo nigdy nie zrealizowany.
Artur i konfederaci
Gdy w oficjalnym rejestrze mieszkańców Dreamlandu pojawiło się nazwisko bohatera tego szkicu, większa część dzisiejszych konfederatów przeżywała wyjątkowo uroczyste chwile swego życia: na twarzach panów konfederatów pojawił się zarost, dość jeszcze nieregularny i traktowany nożyczkami, zaś paniom konfederatkom zezwolono właśnie na pierwsze samodzielne spacery.
Różnica intelektualna między królem a jego niektórymi oponentami przypomina otchłań i to otchłań straszną. Mając to na uwadze, nie podejmuje król Artur bezpośredniej polemiki z secesjonistami, którzy, poza kilkoma wyjątkami, prezentują się dość niekorzystnie.
W jednej z proklamacji królewskich przeczytamy, że nasz monarcha karać nie lubi. Winno być jednak: już nie chce. Jeśli chcieć bowiem poważnie potraktować obowiązującą w Dreamlandzie ustawę karną, to wyeliminować należałoby - z grubsza biorąc - 1/5 populacji królestwa. Kto wie, może trzeba będzie uruchomić dodatkową izbę orzekającą w Sądzie Królestwa. A jeśli tak, to będzie to szlachtuz. Dwie strony sformowały już odpowiednie armie i zwarły bojowe szyki. Padły podstawowe oskarżenia: o bandytyzm i terroryzm - z jednej strony, o absolutyzm i metody policyjne - z drugiej. Wszystkie kolejne argumenty stanowią już tylko zbędną pianę. Nieliczni bezstronni widzowie powoli zajmują miejsca pod nowym Grunwaldem.
Z konieczności rusza więc król Artur, wzorem XI-wiecznych władców feudalnych, w obchód po swym imperium i zaprowadza porządek.
Czy przyjdzie mu bezpośrednio, osobiście okładać nahajką krnąbrnych poddanych? Tych samych, którym kilka miesięcy wcześniej nadał tytuły szlacheckie?
Artur i eksperyment baridajski
O Baridasie pisać można tylko po długiej, rozleniwiającej kąpieli. Dziwna to historia: pięciu miał Baridas aktywnych obywateli i wszystkich pięciu podniósł król Dreamlandu do godności szlacheckiej. A jednak na naszych oczach naród Baridasu dumnie zrzuca jarzmo tyranii. Oto prawdziwie otchłanne pokłady szarżującego infantylizmu. Otwórzmy mu szeroko drzwi, niech wytoczy się na pole. Jeśli na którąkolwiek z rozgorączkowanych głów spadnie w końcu katowski topór, to w przypadku baridajskich luminarzy stanie się to za boskim przyzwoleniem. Jest cos irytująco aktualnego w słowach, jakie przed czterema laty wypowiedział chętnie przeze mnie przywoływany Atilla: To nie jest tak, że tytuły nie pasują do Dreamlandu. To Dreamland nie dorósł do tytułów.
Król to król?
Król to król. Jak to zatem rozumieć? Wśród starożytnych Greków rozpowszechnione było przekonanie, że sprawiedliwość, dike, to droga - inaczej normalny sposób postępowania, zwykły bieg rzeczy. Była dike panów, była też dike świniopasów. Rozumiano przez to naturalne miejsce w szeregu. Postępować zgodnie z dike - to robić swoje, mieć świadomość własnego miejsca w świecie przyrody, a zatem i ludzi. Tak sprawiedliwość rozumiał Platon. Artur Piotr, król Dreamlandu, własne miejsce w szeregu zna z pewnością.
Jeśli wciąż mamy nowe intelektualne średniowiecze w Dreamlandzie, to jest ono naszym wspólnym osiągnięciem, choć krytykowany powszechnie monarcha najmniejszy wniósł wkład w jego restaurację.
(Jacques de Brolle)