Siedzę na taborecie w mojej kuchni, wpycham do mych ślicznych usteczek placki ziemniaczane ze znanej rajńskiej plantacji, popijam wszystko pitnym miodem z Mikrosławii. W radio śpiewa nieznana wokalistka, a za oknem widać mnóstwo mew, nienawidzę mew.
Nagle przyszła ona Sławka, zepchnęła mnie z taboretu.
– Ty idioto, siedzisz na moim taborecie! – prychnęła.
– Ale dlaczego to nasz wspólny taboret – pocierając me lica odpowiedziałem. Na podłodze leżały pogryzione i wyplute kawałki placka.
– Oszalałeś idioto, on jest mój. To, że mieszkamy w jednym domu, nie oznacza, że muszę się z tobą dzielić. Nie chcę i nie będę. – Kopnęła mnie w brzuch i poszła.
Nie mogłem jej nic powiedzieć, ponieważ ona jest ziemią i wszystkiem przed mym idiotycznym, tatarskim pyskiem.